2025 W drogę. New York i Islandia
Słowo się rzekło, będzie o podróży. Jednak zanim ruszymy do Nowego Yorku i dalej, kilka słów o powrocie na łódkę, w odpowiedzi na pytania wielu z was, których nurtuje, czy po takim innym życiu dajemy radę w „normalnym” świecie i czy nie tęsknimy za tamtymi czasami.
Otóż tęsknimy. Dokonaliśmy jednak wyboru dla dziecka, którego potrzeba socjalizacji i kształcenia wzięły górę, a że to my zdecydowaliśmy się na to dziecko, ponosimy więc za nie odpowiedzialność. Chwilowo więc (od 10 lat), mieszkamy na stałym lądzie. Mamy studia Moany na karku, z wyboru poza Teneryfą. Mamy też psa, którego już nie odnowimy. Tak więc jeszcze kilka lat musimy poczekać. A potem się zobaczy.
Czym więcej nasza przygoda z morzem staje się historią, tym zwiększa się nasza świadomość, że posiadanie pełnomorskiego jachtu jest wielkim wyzwaniem. I to wyzwaniem pod każdym względem, finansowym, logistycznym, notorycznego nakładu pracy, strachu też.
Już pewnie o tym pisałem, przysłowia czy złote myśli są mądrością narodów, biorą się przecież z obserwacji. Są i takie o żeglarstwie. Jedno z nich poznaliśmy od wodza indiańskiego Sunny’ego: żeglarz cieszy się dwa razy, raz, kiedy kupi jacht, drugi, kiedy go sprzeda.
Jacht jest jednym wielkim życiowym upierdem, mówi o tym znany francuski żeglarz Moitessier, mówiąc: jest taki moment na jachcie, zdarzający się niezwykle rzadko i jest to sytuacja zgoła nienormalna - wszystko działa. To prawda, zwłaszcza to „niezwykle rzadko”. Powód? Wilgoć, sól, słońce, elementy natury, które niszczą wszystko.
My dorzuciliśmy i naszą mądrość po dziewięciu latach posiadania katamaranu: na morskim jachcie w tropikach albo się żyje, albo się go nie ma. Dokładnie z tych samych powodów co wyżej. Z tych też powodów, każdy powrót na nasz jacht był na początek dwutygodniową harówką, aby jacht przygotować do wypłynięcia. Zawsze wszystko było w pleśni mimo pozostawionych osuszaczy, a przy okazji spalone słońcem.
Są i inne elementy, które powodują, że do idei kupna nowego katamaranu podchodzimy z rezerwą.
Po pierwsze: przemieszczanie się.
Kiedy ma się jacht służący też do zwiedzania świata, trzeba pokonywać długie dystanse. Prócz problemów bezpieczeństwa samych w sobie, jest to wyzwanie czasowe, a czasu, ze względu na wiek, już mi brakuje. Ponad dwutygodniowe przepływanie Atlantyku było zabawne, dziś bym tego nie powtórzył, szkoda mi czasu. O tym, że kontynentów nie zwiedza się jachtem, już pisałem. Trzeba wtedy za wszystko płacić podwójnie, za wynajęcie kampera czy auta, aby zwiedzać, a w tym czasie 2-3 tys. € za każdy miesiąc postoju jachtu w marinie. Ile to wyszło w czasie naszej sześciomiesięcznej podróży po USA? O sześciomiesięcznym zwiedzaniu Australii czy dwu i pół Nowej Zelandii nie wspomnę. Bzdury jakieś.
I jeszcze jedna głupotka dla marzycieli: znalezienie miejsca w większości marin na świecie jest niemożliwe. Po prostu wszędzie jest brak miejsc, zwłaszcza na dłużej. W hiszpańskiej Benalmadena przykleili nas z braku miejsc do nabrzeża i o mało nie straciliśmy jachtu po całonocnej walce z wchodzącymi do mariny falami sztormowymi.
Więc ustalamy, na przykład chcemy zwiedzać wyspy w różnych częściach świata. Ile czasu płynie się z Karaibów na Polinezję przez Panamę ( i do tego przejście Kanału Panamskiego, które zawsze było drogie, a dziś jest astronomią)? Z Panamy na pierwszy ląd, czyli Markizy 30 dni…, a potem z niegościnnych Markizów (niezbyt bezpieczne kotwicowiska) do najbliższych wysp? Jeszcze pięć…
Wspomniałem o Karaibach, których już nie chcemy, choć mają wielką zaletę: wszystkie wyspy są bardzo blisko siebie, na dzienny przeskok, ale tłumy… tysiące jachtów czarterowych. Niektóre kotwicowiska są jak parkingi przy hipermarketach, Fuj! To nie dla nas. Zostają więc na Atlantyku tylko nasze ukochane Bahamy. A my chcielibyśmy jeszcze popływać wśród wysp Polinezji, Indonezji, na Malediwach czy Chagos. Gdzie Rzym, gdzie Krym? No tak, gdzie Krym, to ostatnio wiemy nazbyt dobrze.
Po drugie: nerwy
Będąc właścicielami jachtu, nigdy nie wiedzieliśmy co się z nim dzieje czy stanie. Pozostawialiśmy go często w krajach Trzeciego Świata. W jakim stanie i czy go zastaniemy po powrocie, to było pytanie. Co więcej, przez trzy miejsca, w których zostawiliśmy Bubu, przeszły straszne cyklony. Szczęśliwie dla nas, już po naszej podróży.
Po trzecie: logika i finanse
Jacht to droga zabawka i to wielowymiarowo. Kupno jest tylko jednym z elementów układanki finansowej, tym najprostszym. Tak dla zabawy przedstawiam tabelkę finansową z założeniem, że jeszcze przez 10 lat będziemy pływali 6 miesięcy w roku naszym jachtem. Nie zawiera ona kosztów bieżących życia na łódce, jedynie posiadanie jachtu i utrzymywanie go:
W EURO (ceny nie uwzględniają inflacji) |
Rok |
10 lat |
Wydatek |
Kupno jachtu używanego odpowiedniej wielkości |
|
|
300 000 |
Koszt finansowy blokady kapitału |
9 000 |
103 175 |
103 175 |
(zamiast kupna inwestujemy na 3%) |
|
|
|
Koszt mariny |
15 000 |
150 000 |
150 000 |
(6 miesięcy, resztę pływamy) |
|
|
|
Ubezpieczenie |
9 000 |
90 000 |
90 000 |
(skomplikowane w rejonach cyklonów) |
|
|
|
Naprawy |
5 000 |
50 000 |
50 000 |
(trzy silniki, żagle i inne drobne wydarzenia) |
|
|
|
Co dwa lata wyciągamy i malujemy (2000€) |
1 000 |
10 000 |
10 000 |
(zabezpieczenie przed glonami, aby móc płynąć) |
|
|
|
Coroczny podatek |
500 |
5 000 |
5 000 |
(różny w zależności od bandery) |
|
|
|
RAZEM |
|
|
708 175 |
Minus zwrot za sprzedaż jachtu po 10 latach (możę) |
|
|
200 000 |
Strata |
50 817 |
508 175 |
508 175 |
W zamian dni najmu (500€/dzień) |
102 |
1020 |
|
Dni upierdu |
0 |
0 |
|
Jak widać, zabawa w cyferki jest śmieszna do bólu.
W konkluzji można zadać sobie pytanie. Czy nie lepiej jest pożyczyć jacht na dwa, trzy miesiące gdzieś tam, a rok później w innym gdzieś tam? To dobra wersja, jeśli się nie chce problemów i nie chce się mieszkać na jachcie na stałe.
MARZENIA (Malta, Itaka i środek Atlantyku)
Zostawmy więc na razie marzenia i wróćmy do naszej łódki na kółkach.
NACH BERLIN
Po pozostawieniu Dudy w hotelu, a vana na parkingu w Pyrzowicach przemieściliśmy się autobusem miejskim do Katowic, aby o 11h00 wsiąść do Flixbusa i ruszyć do Berlina.
Na granicy nieprzewidziany godzinny postój, ścisła kontrola dokumentów i wysupłują chyba ruskiego z lewymi papierami. Przyjeżdżamy więc z godzinnym opóźnieniem.
Hotel mieliśmy zarezerwowany w pobliżu dworca autobusowego, aby po przyjeździe przejść do niego, zostawić plecaki i udać się na kolację do wybranej knajpki.
Z radością rozpoczęliśmy długo oczekiwane wakacje.
Ideą wyboru drugiego hotelu było jego położenie w samym centrum. Po śniadaniu ruszyliśmy więc przez cały Berlin, zwiedzając po drodze co się dało i jedząc lunch.
Był bunkier (Anhalker Bunker), jakich wiele powstało w latach 40-tych zeszłego wieku. Była w nim cała historia kariery malarza oraz replika części jego bunkra, w której stał francuski fortepian, identyczny z tym, jaki jest u nas w domu w Leźnie.
ZACZĘLI, A POTEM SAMI W BUNKRACH STERCZELI
Przez długie zwiedzanie bunkra, na lunch zasiedliśmy dopiero o 15h00 w napotkanej knajpce meksykańskiej. Później przeszliśmy przez Charlie Checkpoint, pozostawiony na pamiątkę punkt graniczny pomiędzy sektorami okupacyjnymi. Dużo jest w Berlinie takich śladów historii.
ŚLADAMI HISTORII
Do hotelu dotarliśmy skonani, niesienie leciutkich z początku plecaczków nie było idealnym pomysłem. Po odpoczynku ruszyliśmy znów w miasto, brama Brandenburska, Reichstag i kolacja tatarska, Beata z łososia, ja z wołowiny.
BERLIN NOWY I STARY
Leżąc w łóżku, stwierdziliśmy, że bolą nas nogi. Hmm, po 25km?
Ojej, już jutro widzimy Moanę!
Rano, po pozostawieniu plecaków ruszyliśmy do komuny, czyli na Aleksanderplatz, który Beatka pamiętała z czasów dziecięcej wizyty, i wieżę TV, do której na wjazd kupiliśmy bilety na 14h30 (56€/2os). W tej części Berlina dużo jest jeszcze miejsc przypominających komunistyczną Warszawę. Taka pieczątka tamtych, wspólnych czasów. Dziś czasy też są wspólne, bo nowe wieżowce podobne są do siebie, i tu i tam. Widok z wieży był zacny, dookolny, na dwa historycznie i jeszcze urbanistycznie różne światy.
BEATKA WRACA DO NRD
Idąc wzdłuż rzeki, doszliśmy do zachowanej i znanej z murali części muru berlińskiego. Warto było go zobaczyć, pamiętałem go jeszcze z czasów, kiedy był cały i służył separacji Niemca od Niemca. Taka kara. Tak jak komunizm.
Na lunch do cudnego muzealnego centrum wróciliśmy autobusem. Znaleźliśmy z trudem knajpkę, gdzie wreszcie zjadłem prawdziwy Wiener sznycel. Prawdziwy, bo cielęcy!
A JA DO WIEDNIA (przynajmniej kulinarnie)
Z hotelu, do którego wpadliśmy po bagaże, pojechaliśmy metrem na lotnisko, aby wystartować o 19h40 w kierunku Nowego Yorku. I tyle było Berlina.
NYC
Wylądowaliśmy godzinę przed Moaną, ale sterczeliśmy w samolocie ponad 40 minut w oczekiwaniu na wolny rękaw. W końcu wyszliśmy do terminala przypominającego Pyrzowice z lat 90. Moana właśnie lądowała, była 22h00.
Kto z nas myślał wtedy, że się tego dnia nie zobaczymy?
Samolot Moany stał w „polu” przez prawie trzy godziny w oczekiwaniu na wolny rękaw! P… Ameryka!
Po 1h00 rzuciliśmy się sobie w objęcia, były łzy, radość i … oczekiwanie na taksówkę, której nie było.
SPOTKANIE PO ROKU na KFC czy JFK, czy jakoś tam.
Skonani padliśmy o 3h00 do łóżek w hotelowym pokoju, jeśli tak można nazwać pomieszczenie, które nam przydzielono. Były wprawdzie dwa łóżka, w tym jedno podwójne, wyglądały jednak jak wciśnięte w kanciapę na szczotki sprzątaczek. Byliśmy skonani i szczęśliwi, bo razem, więc było nam wszystko obojętne, na przykład, że klima nie działała. Za to działała w innych pokojach, ich warczące klimatyzatory oparte były o nasze okno.
Rano śniadanie nas zaskoczyło. Bo było i nawet jadalne, przy tym szczodre.
Na moje pytanie, dlaczego mamy taki mały pokój, recepcjonistka zdziwiła się: macie największy w hotelu! Zmieniła jednak na inny, dużo wyżej, na 12-stym pietrze, identyczny, ale z działającą klimatyzacją i ładnym widokiem z... korytarza.
W NY byłem już czwarty raz, umiałem więc ułożyć program zwiedzania, tak aby wszystko zobaczyć, w czym pomogło nam świetne położenie hotelu, który z tego powodu wybrałem. Mieliśmy 90% miejsc do zobaczenia w zasięgu nogi. Do Central Parku mieliśmy 50 metrów, do Muzeum Historii Naturalnej 300m, Muzeum Guggenheima i National Museum były en face, po drugiej stronie parku, a do Moma i wszystkich teatrów na Broadway’u niecały kilometr. Ideał!
Spakowaliśmy bagaże, które zostawiliśmy w recepcji (zmiana pokoju) i udaliśmy się do muzeum Historii Naturalnej.
MUZEUM WARTE DNIA W NIM
Na szczęście dla mnie i Beaty w muzeum były nowości, a i stare rzeczy wymazały się już trochę z pamięci (ostatnio byliśmy tam z Bartkiem w 2008 roku), więc oglądaliśmy wszystko z wielkim zainteresowaniem. Podczas przerwy na lunch zrozumieliśmy, że Ameryka trochę się zmieniła przez lata naszej nieobecności od 2014 roku - w muzealnym bistro zapłaciliśmy 100$ za lunch. Nowe eksponaty, zwłaszcza prehistoryczne szkielety dinozaurów zrobiły na nas wielkie wrażenie.
DOBRZE, ŻE TOTO NIE BIEGA JUŻ PO LASACH
Tuż przed zamknięciem muzeum pognaliśmy do hotelu, aby wziąć w posiadanie nasze nowe szczotkowe królestwo, a dziewczyny przebrać się na wyjście na pierwszy musical – „Wicked”. I pognały.
Ja wylegiwałem się trochę, a potem spacerkiem przez Columbus Avenue i Broadway doszedłem pod teatr i z ukrycia patrzyłem, jak wyszły zachwycone, a potem rozmawiały z aktorami, którzy wychodzą po spektaklu pogadać i podpisać programy, bo taki jest zwyczaj.
Po wszystkim poszliśmy na Times Square, aby Moana poczuła atmosferę tego tak znanego miejsca, no i zjedliśmy symbolicznego hot doga z budki.
AMERYKA!
Po śniadaniu, z jajecznicą jajopodobną, która była czymś na kształt wyrobu czekoladopodobnego kiedyś, przeszliśmy przez Central Park do muzeum Guggenheima. Pierwszy raz zobaczyłem ten cud architektonicznej wyobraźni w całej swojej krasie. Zawsze poprzednimi razami budynek był otoczony (jest okrągły to i słowo pasuje) rusztowaniem. A tu proszę.
WIDOK Z PRZEDPOKOJU I WRESZCIE GUGGENHEIM W CAŁEJ KRASIE.
Bardzo nam się wizyta podobała, zwłaszcza dla samego obiektu i kilku ciekawych obrazów stałej małej ekspozycji. Nazwiska współczesnego twórcy, który się wtedy wystawiał, nie zapamiętaliśmy, podobnie jak jego dzieł z tłuczonych luster. 7 lat nieszczęścia.
MUZEUM MAŁE, ALE IMPONUJĄCE POMYSŁEM
Lunch w tajskiej knajpie był pyszny, wspaniała też była Moma, intymne kiedyś, a dziś rozrośnięte muzeum sztuki współczesnej. Trochę jednak nas zawiodło, mniej było Warhola i Khalo, których obrazy chcieliśmy Moanie pokazać.
THE MUSEUM OF MODERN ART (MOANA czy MOMA, czy jakoś tam)
Od nadmiaru wrażeń i kilometrów padaliśmy ze zmęczenia, zasiedliśmy więc w pubie na drinkach, przechodząc jeszcze przez Piątą Avenue, Trump tower, Louis Vutton Building i inne takie wygłupy.
WYGŁUPY
Wieczór miał być pod znakiem „Buena Vista Social Club”, musicalu, który mnie się podobał, a który Moana jakoś przeżyła, nie jej styl, na dodatek moja uwaga na temat jej wzrostu wszerz, wszystko zepsuła. A może gówniane, przetworzone, amerykańskie żarcie zepsuło nam córkę? Dziś po 6 miesiącach, nie robiąc zbytnich wysiłków, wróciła prawie do wagi sprzed wyjazdu (-9).
BUENA
Był już 21 czerwca, należało powąchać trochę morza i wolności. Pojechaliśmy metrem do South Ferrys, skąd stateczki wożą turystów pod statuę i na Ellis Island. Przy stacji metra nagabywali nas sprzedawcy biletów, tacy „oficjalni” z wiszącymi na nich identyfikatorami. A sp…ć . Podeszliśmy do wpuszczaczy do stateczków, którzy kazali iść do kasy i wrócić nie patrząc na godzinę odpłynięcia na bilecie, tylko wsiadać.
Tak też zrobiliśmy i prawie od razu, bez czekania, popłynęliśmy pod statuę. Tam zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcia, obeszliśmy obiekt i zajrzeliśmy do sklepu pełnego tematycznego badziewia pełnego tłumu je kupującego.
OBOWIĄZKOWE PŁYWANIE
Wielką zaletą francuskiej statui jest jej miejsce na wyspie. Przymusza turystów, aby tam popłynąć i zobaczyć od strony wody fantastyczny widok na Manhattan. Kiedy tam byłem przedostatnio, na czele widać było dwie wieże… . Czas minął szybko i już płynęliśmy na Ellis Island.
LANDSZAFCIK MADE IN DARU
Tak, to miejsce robi wrażenie, takie perfekcyjnie zorganizowane sito imigracyjne w ładnym budynku zajmującym prawie całą wysepkę. Szokiem były wielkoformatowe stare zdjęcia, pokazujące wszechobecny tłum biedoty, czekającej na lepszą przyszłość. Były też zdjęcia budek z jedzeniem i cennikami po polsku. Uwagę przykuwał schemat przejść przez poszczególne kontrolne pomieszczenia, aby po różnych badaniach i przesłuchaniach, znaleźć się może po tej drugiej, amerykańskiej już stronie. Wypłynęliśmy stamtąd dość przygnębieni.
PANI WPUŚCI DO TEJ WYMARZONEJ HAMERYKI? NIE! JEDEN WARUNEK NIE JEST SPEŁNIONY: NIE JEST PAN NA KOLANACH.
Przygnębienie rozwiało China Town, a właściwie knajpka, która nam się spodobała w przeciwieństwie do wielu, które oglądaliśmy po drodze. Pyszne były Bowle dla nas z Moaną, a i krewetki ze szparagami Beaty bardzo jej smakowały. Wszystko wraz z napitkami kosztowało nas tylko 75$.
NY CHINA TOWN. ŻARCIE PYSZNE.
WALL STREET I BROOKLYN BRIDGE. BROADWAY, JAK NAZWA WSKAZUJE, PRZECINA CAŁY MANHATTAN
Późniejszy spacer do połowy Brooklyn Bridge, przejście przez Wall Street pomogły w trawieniu, World Trade Center Memorial już mniej.
WTC MEMORIAL
Przy WTC weszliśmy w podziemie do szokującego wielkością obiektu, ni to galerii handlowej, ni hallu wielkiej stacji metra. Robiło takie wrażenie, że zasiedliśmy w knajpce na drinkach i piwie, aby się napawać widokiem tej niebywałej konstrukcji i skorzystać z happy hours.
WOW, IMPONUJĄCE!
Z metra dziewczyny wysiadły na Broadway’u, był to czas ich Alladyna, a ja pojechałem do hotelu, robiąc po drodze zakupy na wieczorną przegryzkę z popitką.
Dziewczyny wróciły metrem w pełnym zachwycie po baśniowym spektaklu.
Nastała niedziela i wreszcie spadł deszcz. Wreszcie, bo do tej pory było bezchmurnie, a temperatura oscylowała pomiędzy 30 a 35 stopni i w betonach miasta było dość gorąco. Miło się chodziło chodnikami, przystając co chwilę w kurtynach klimatyzowanego chłodnego powietrza oddzielających wnętrza sklepów od upału. Jednakowoż nauczyliśmy się już, że trzeba mieć ze sobą przynajmniej narzutkę, w muzeach czy na musicalach, klimatyzacja potrafi zamrozić człowieka jak w kostnicy.
Tego jednak dnia postanowiliśmy rano pójść do Central Parku na rowery, więc radość z deszczu była względna. Na szczęście szybko przestało padać i ruszyliśmy, aby wyrwać rowery ze stojaków. Aplikacja z początku nie działała, ale w końcu tak, więc Moana, na próbę, pojechała kawałek i wróciła, za jedyne… 15$. Okazało się,, że w stojakach są tylko rowery elektryczne, które, nie mając abonamentu, kosztują krocie. Sto metrów dalej były jednak rowery normalne, darmowe za pierwsze 30 minut. Wystarczyło podjechać po tym czasie do następnych stojaków, oddać rower i wziąć nowy za darmo i tak w kółko. Zabawa polega na tym, żeby rower był zastępcą środka lokomocji i nie był monopolizowany przez kogoś na długo, no, chyba że płaci.
CENTRAL PARK
Zjechaliśmy cały Central, a do hotelu wróciliśmy, tylko aby coś przegryźć i dziewczyny na 14h00 pognały na „Book of Mormon”, musical, z którego ja zrezygnowałem.
Trzeba tu zaznaczyć, że moje dziewczyny zobaczyły 7 musicali. Nie komentuję tu niczego, ale 7x2xśrednio150$ = 2.100$. Na biednego nie trafiło, dorzucając jeszcze moje trzy bilety.
MUSICALE, MUSICALE
Na biednego też nie trafiło zaraz potem. Przedtem jednak ubawione setnie musicalem dziewczyny zażyczyły sobie drinki i najlepiej w pubie z tarasem na dachu. Była świetna atmosfera, podsycana jeszcze niespodzianką, którą przygotowałem i do końca utrzymywałem w tajemnicy. Jedyne co wiedziały, że kiedyś coś obiecałem Moanie i to właśnie spełnię, ale za Chiny Ludowe nie mogły sobie przypomnieć, o co chodziło.
Szliśmy od knajpy do knajpy, a ja do każdej prawie wchodziłem, na ich pytanie, czy to tu? Opowiadałem, że tak, ale robiłem zwrot i szliśmy dalej. Kiedy w końcu weszliśmy na poważnie i nasza rezerwacja okazała się prawdziwa, zrozumiały: „Montata” to przecież bizony. Po chwili wylądowały przed nami trzy rodzaje steków z bizona, tak, aby każdy mógł spróbować smak mięsa z innej części. Do mięs wino smakowało wybornie, cóż, wróciliśmy do ulubionych smaków naszej kiedyś podróży po USA, kiedy jedliśmy steki z bizonów często i bardzo nam przypadły do podniebienia.
„MONTANA” - BISON COUNTY
Wracając do hotelu, przy operze, przysiedliśmy się na darmowym koncercie live z okazji „lata w mieście” i tak się trafiło, że Vanessa Carlton zaśpiewała swoją najbardziej znaną piosenkę „A Thousant Miles”. Ale fart! https://www.youtube.com/watch?v=Cwkej79U3ek
W poniedziałek, po zwyczajowym śniadaniu z jajkopodobnymi wyrobami na różne sposoby, ruszyliśmy w miasto, jakby lepiej ubrani. Cóż, zapowiedziałem dziewczynom szałową niespodziankę, trochę bardziej wykwintną niż steki z Montany, więc krótkie majtochy nie wchodziły w grę.
Przeszliśmy przez część znanych nam już miejsc typu Times Square, aby zobaczyć piękny budynek Public Librery. Nie udało się wejść do czytelni, nie mieliśmy rezerwacji. Cóż, niewiedza. Za to potem…
Kiedy po 13h00 weszliśmy do sporej i pokrętnej galerii handlowej, musieliśmy poszukać specjalnej, gdzieś tam w zakamarkach ukrytej windy. Uknułem spisek, który niespodziewanie i u mnie wywołał przysłowiowy opad szczeny. Sprawdzono rezerwację, wpuszczone nas do windy, która była cała jednym wielkim ekranem i jak to niekiedy bywa, winda ruszyła w górę. Wokół nas, na dookolnym ekranie był Manhattan, coraz niżej i niżej, ot takie jasełka. Czuło się wprawdzie przyśpieszenie windy, ale windą już człowiek raz w życiu jechał.
Wyszliśmy z kapsuły czasu, sprawdzono nam jeszcze raz rezerwację i wtedy ukazał się nam widok nadprzyrodzony, a kiedy zaprowadzono nas do restauracyjnego stolika, zrozumieliśmy, że mamy najlepszy stolik restauracyjny w Nowym Yorku, na 101 piętrze przy szybie z panoramą na całe miasto. Było to nowe, nam jeszcze nieznane miejsce – Edge. Byliśmy wyżej niż Empire State Building.
ALE NIESPODZIANKA!
Było wykwintnie, niesamowicie i wesoło. Przydzielona nam kelnerka potrafiła doradzić, bo każdy z nas miał swoje priorytety. Beata oczywiście wybrała morsko, ostrygi i pstrąga, Moana tatara wołowego i łososia, a ja ostrygi i steka (mało mi było bizona). Jak napisała w swoim kalendarzu Beata (korzystam z niego w czasie pisania) – było bosko. To prawda, deserem podzieliliśmy się jednym, aby nie dorzucać zer do rachunku, który był tak oszołamiający, jak widok.
Poniżej restauracji był taras widokowy, na który można się dostać, za sporą opłatą inną turystyczną windą. Dla gości restauracji wejście na taras było w cenie posiłku, po uczcie udaliśmy się więc nad przepaść, aby jeszcze poszerzyć horyzont. Imponujące!
ZABAWA
NA EDGE I WIDOK NA EMPIRE STATE BUILDING
Wychodząc z budynku, ukazały nam się schody. Nie te z utworu Deep Purple do nieba, te tu były donikąd. I jak wszystko w tym mieście kosztowały słono, aby do tego nikąd pójść. Wszyscy znamy obraz schodów iluzję, te właśnie były takim tworem. Można sobie zadać pytanie: po co? Ot, po to.
SCHODY DO NIKĄD I EDGE OD DOŁU
Dopełnieniem dnia, jak przystało, nomen omen, na ekstrawagancje tego dnia, był musical „Great Gatsby”. Bardzo się nam się podobał ten obraz próżnego świata. Potem były podpisy aktorów, rozmowy z nimi i wolny spacer do hotelu.
JA GIEŁŁO TAK WALCZYŁEM CHŁOPAMI, ŻE AŻ MNIE POD CEPAMI ZGIEŁŁO, A MIAŁO BYĆ NA MIECZE.
We wtorek 24 czerwca, z wolna ruszyliśmy na drugą stronę Central Parku, zerkając po drodze na pomnik Jagiełły. Celem i wypełnieniem dnia było Metropolitan Museum of Arts, płatne 30/22/16$ (normalni/dziady/studenci). No i do zamknięcia nie zobaczyliśmy wszystkiego, mimo szybkiego lunchu w kafejce muzealnej (75$). Co tam są za zbiory! Picasso, Monet, Manet, Rembrandt, Rubens, Miró, Velázquez, Russeau, Matisse, El Greco, dużo różnego Rodin’a, Renoir, Gaugin, a to tylko kilka nazwisk i malarstwo (prócz Rodina). Moana znów błysnęła, tłumacząc nam obrazy i rzeźby starożytnej Grecji i Rzymu. Był też Egipt i inne artystyczne wyczyny z całego świata. Muzeum jest kolosalne, nie sposób przejeść go w jeden dzień, z powodu zmęczenia i nadmiaru informacji.
AŻ SIĘ W GŁOWIE KRĘCI
Na szczęście nas wygnali, bo o 19h00 mieliśmy musical „Hadestown”, więc w hotelu tylko się odświeżyliśmy i pognaliśmy na Broadway. Musical był nam nieznany i z początku niezbyt rozumieliśmy zależności Orfeusza i Eurydyki, Hadesa i Persefony. Na szczęście w przerwie Moana zrobiła nam wykład i druga część potrafiła nas zachwycić. Po podpisach, do hotelu wróciliśmy metrem, nie czuliśmy nóg schodzonych w muzealnych salach.
Następnego dnia pobudka była szybka, bez kąpieli i już byliśmy na rowerach, jadąc na basen na północny koniec Central Parku. Ku naszemu niezadowoleniu, okazało się, że do piątku trwają prace czyszczące, o czym google zapomniały poinformować. Wróciliśmy więc do hotelu i pod prysznic, przegryzając to i owo, aby dziewczyny mogły stawić się na „Hamiltonie” o 13h00.
Wyszły z teatru zachwycone grą i śpiewem, a zwłaszcza nadmiarem emocji, które ten nieziemski musical Mirandy potrafi wywołać. Widziałem dwa razy, to wiem, ale moim paniom było mało, więc musiały jeszcze po West Endzie, zaliczyć ten na Broadwayu. Znów podpisy i rozmowy, a Moana mogła się nawet popisać przed aktorami, ponieważ Manuel Miranda napisał do niej odręczny list! Było czym, to dziś największe musicalowe i nie tylko, nazwisko.
Ruszyliśmy z wolna na południe, ale obtarcie Moany zmusiło nas na dojazd metrem. Ratując obtarcie zasiedliśmy w znanej nam już knajpkce w dziwnej hali przy WTC. Znów trafiliśmy na happy hours, Moana jakoś doszła do siebie pod wpływem koktajli i ruszyliśmy na Brooklyn Bridge, aby przejść na jego druga stronę.
BROOKLYN BOOGY
Celem była knajpka „High Tide”na przystani z cud widokiem, identycznym z tym, jaki zajmuje całą ścianę i trochę w pokoju Moany. To znów była moja niespodzianka, tym bardziej, że zasiedliśmy w pełnym słońcu, żeby skończyć kolację nocą, przy oświetlonych wieżowcach Manhattanu i podświetlonym moście. Ostrygi, ostrygi, koktajle krewetkowe, kawior, piwo, wino i śpiew. Było to takie cudne (ekstrawaganckie cenowo) zakończenie naszego pobytu w Nowym Yorku.
PRZYPŁYW MIŁOŚCI
W ostatni poranek, ale pierwszy leniwy, było ostatnie śniadanie i pakowanie, aby o 12h00 opuścić hotel, pozostawiając w nim bagaże.
WOKÓŁ OPERY I UDZIWNIONA MIESZKANIÓWKA
Mijając nowoczesną operę, poszliśmy na spacer nad rzekę Hudson, wspominając lądowanie na niej samolotu i film o tym. Doszliśmy do knajpki nad wodą „Pier and cafe”, gdzie panie zamówiły krewetki, ceviche, tacos, a ja fish and chips. Wszystko było pyszne.
OSTATNI SPACER
Do hotelu wróciliśmy po bagaże i wskoczyliśmy do taksówki na lotnisko. Uber zamiast zwykłej taksówki, czyli 141$ zamiast 91. Winnych durnego pomysłu brak.
Odlot Icelander opóźnił się o półtorej godziny, co nam wcale nie przeszkodziło, i tak mieliśmy przylecieć za wcześnie.
W czy Na Islandii (w, bo kraj, na, bo wyspa) wylądowaliśmy o 7h00 rano padnięci, dla nas była to 3h00 w nocy.
Dość szybko pojawił się busik prowadzony przez Polaka i zawiózł nas do wypożyczalni gdzie mieliśmy zarezerwowanego kamperka wielkości Forda nigdy do nas niedoszłego. Zrobiliśmy to specjalnie, aby zobaczyć, jak by to było, gdyby Ford się postarał.
Czekając na auto, wypiliśmy oferowane kawy, pobraliśmy z półek towary pozostawione przez wyjeżdżających turystów, takie, których nigdy się nie zużyje, typu olej, sól, papier toaletowy, ryż, makaron, kawę i wiele innych. Znaczy, ja pobrałem, Beata ze swoim wstydem tylko na mnie pohukiwała. Niesłusznie, po powrocie i nasze produkty trafiły na te same półki.
Szybko odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do supermarketu Kronan na kilkudniowe zakupy. Okazało się jednak, że musimy gnać jeszcze do innego, bo alkohol sprzedaje się tylko w specjalnych monopolowych sklepach (Vinbudin), jak w Skandynawii.
Opuszczając Keflavik ruszyliśmy na południe, mijając po drodze bardzo turystycną Blue Lagoon i niedawny teren wybuchu wulkanu. Dość szybko stanęliśmy przy małym jeziorze na lunch, a po nim, przenieśliśmy się na widoczny nieopodal parking przy bulgoczących i pachnących siarką dziurach w ziemi (znów Hadestown?). Uznaliśmy, że dziury mogą poczekać i padliśmy do łóżka.
PIERWSZY KONTAKT Z AUTEM I NATURĄ
O 16h00, już w lepszej formie, obeszliśmy ciekawy bulgoczący teren, aby ruszyć w stronę Gulfoss i Geysir. Po drodze jednak stanęliśmy na spacer krawędzią małego wulkanu, na którego dnie błyszczało jeziorko. Miłe było to rozprostowanie kości w już niesiarkowym powietrzu i po godzinach w samolocie.
SIARKOWY BULGOT
Następnie zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Faxafoss. Wodospad jak to wodospad, nie zrobił na nas piorunującego wrażenia. Za to pani, wpuszczająca za opłatą samochody na parking, zaproponowała, żeby wjechać za darmo i jak zostaniemy na campingu, to nie płacimy, a jak nie zostaniemy, to zapłacimy przy wyjeździe. Była już 19h00 i choć dzień miał trwać całą dobę, postanowiliśmy zostać ze względu na niewyspanie się i zmęczenie ogólne.
Po kotlecikach jagnięcych spróbowaliśmy jeszcze zagrać w tysiąca, ale zmęczenie wzięło górę i padliśmy w ramiona Orfeusza.
Nieustanna jasność obudziła mnie wcześnie i mimo ewidentnego oporu kobiet nakazałem wstawać. Nie, żebym był tyranem, po prostu w aucie niczego się nie dało zrobić przy rozłożonym łóżku. Na campingu był tylko jeden prysznic, z którego ja skorzystałem od razu ze względu na wczesną porę. Beata z Moaną czekały długo, kiedy ja przygotowywałem śniadanie na trawie przy składanym stoliku i krzesełkach. Była piękna słoneczna pogoda i nadspodziewanie ciepło.
Spacer nad wodospad nas zaskoczył, dnia poprzedniego, z góry, wyglądał jak popierdółka, ale stojąc przy nim, masa wody przelewającej się przez skalny stopień imponowała. Było cudnie, wreszcie Islandia, jaką można sobie wymarzyć. Zielone połacie pocięte wijącymi się rzekami zmieniającymi kierunek w uskokach płyt tektonicznych.
JEDYNE ŚNIADANIE TA TRAWIE W SŁOŃCU
Przed 10h00 dojechaliśmy na płatny parking (1000 koron) koło Geysir. Gejzer wybucha co kilka minut, ale dla nas był tylko wspomnieniem innych, mała wyspa – mały gejzer, duża Ameryka – duży gejzer. Za to kilkukilometrowa wycieczka na punkty widokowe wokół była piękna, a widoki boskie.
GEYSIR
WARTO PATRZEĆ
Niedaleko dalej jest Gulfoss, jak nazwa mówi wodospad. Mieliśmy szczęście dotrzeć do niego przed załamaniem się pogody. Miejsce robi wrażenie i bardzo nam się podobał ten wodospad na dwa takty, którego pęknięcia zmieniają kierunek wody. Obeszliśmy punkty widokowe i ruszyliśmy dalej na północ drogą szutrową.
GULGULFOSS
Po drodze, ze względu na porywisty i zimny wiatr, lunch zjedliśmy w aucie. Widoki w trasie były bardzo różnorodne, pogoda jednak zmusiła nas do jazdy i podziwiania otoczenia, przystając tylko czasami. Tak niechcący zrobiliśmy dużo kilometrów.
Na nocleg stanęliśmy na campingu Hamrar koło Akureyri, miejscowości położonej na końcu fiordu morza już Arktycznego. Łosoś z ryżem i fasolką, dokończenie tysiąca i tyle było z dnia w godzinach dnia.
Poranna szaruga i siąpiący deszcz nie zachęcały do wyjścia z ciepłego łóżeczka. Cóż było jednak robić, kawa dodała otuchy i ruszyliśmy dalej północną częścią Islandii.
Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Godafoss, niewielkim wodospadzie, ale szybko wiatr i zimno nas przepędziły.
BRR, ZIMNO!
Omijając ciepłe baseny Blue Lagoon, miejsce mi znane, a dziś mocno turystyczne, wiedziałem, że znajdziemy lepiej i w spokoju. Tym miejscem był Myvan Nature Bath, gorące źródła z basenami i napitkami. Dziewczyny były zachwycone, Moana zamówiła sobie wielki koktajl, ja sączyłem dobre lodowate piwo, a Beata równie zimne białe wino. Dobrze to korespondowało z bardzo miejscami gorącą wodą. Pogoda nam była niestraszna, a i ona uśmiechnęła się do nas w końcu. Bardzo radosne były te chwile w ciepełku.
WRESZCIE GORĄCO
Później przyszedł czas na najpotężniejszy wodospad Europy- Dettifoss. Trzeba przyznać, że robił wrażenie ilością przepływającej wody i swoją urodą. Daleko mu do Niagary, ale efekt był. Inną jego zaletą było to, że trzeba było do niego dojść, więc czterokilometrowy spacer, przy dość sprzyjającej pogodzie zasadniczo poprawił nam humory.
DETTIFOSS – NAJWIĘKSZA WODA EUROPY. OBOK DRUGI USKOK
Ruszyliśmy dalej z zamiarem dojazdu do wschodniego wybrzeża, a w Stóra Sandfell natrafiliśmy na malutki rodzinny camping, w którym postanowiliśmy się zatrzymać i zrobić pranie (jeszcze po Nowym Yorku). Pranie, kolacja, szwedzki bridge, ot taki techniczny postój w miłym otoczeniu.
TWORY NATURY
Rano chmury się trochę podniosły więc jazda stała się ciekawsza, zdecydowaliśmy się więc na jazdę mniej głównym traktem i zjechaliśmy na skracający ją łącznik w części tylko asfaltowy. Widoki zrobiły się nieziemskie, wybór był świetny, nawet gdy szalejący w dyszy wiatr nie pozwolił nam na swobodne dojście do wodospadu przy drodze. Poniżej, jednak kiedy dolina, którą jechaliśmy, się poszerzyła, wiatr ustał.
Stanęliśmy więc przy punkcie widokowym na inny wodospadzik, gdzie Beata szybko wynalazła trasę-pętlę, którą poszliśmy w samotności w dal, aby wrócić do auta po zrobieniu 4 kilometrów. Cieszyliśmy się jak dzieci, że nie trzeba tylko jechać i dało się podziwiać dziką naturę z dala od cywilizacji i bez ludzi.
SPACEREK W DZICZY
Na lunch zjechaliśmy nad morze, do którego było już blisko, aby w miejscowości Djupivogur zasiąść w dość eleganckiej knajpce. Szczęśliwie kelnerką była Polka, co nas wcale nie zdziwiło, Polski słychać wszędzie, nawet w każdym sklepie. Polacy, to dziś druga populacja Islandii. A szczęśliwie, ponieważ Polka, nie dość, że doradziła nam smakołyki kuchni islandzkiej, to jeszcze sporo poopowiadała nam o życiu na odludziu i w ciągłej nocy. Specjalnie piszę o odludziu, pętla wokół Islandi ma około 1200 km, czyli sporo, a przy 380 tys mieszkańców, z których połowa mieszka w Rejkiawiku, reszta kraju jest więc dość wyludniona. Dla przykładu, pętla wokół naszej Teneryfy ma 200km, a mieszka na niej milion ludzi. Zabawne, że kiedy byłem na Islandii w latach 80tych zeszłego wieku, mieszkało wtedy na niej 250tys., mieszkańców z tego 125tys. w Rejkiawiku i wszyscy chcieli stamtąd uciekać do USA czy Kanady. A dziś proszę, jest odwrotnie, ten mały kraik stał się, nie dość, że turystyczną atrakcją, to jeszcze symbolem prosperity. Wtedy, kiedy gdzieś jechałem, przestrzegano mnie, uważaj, jak ci się zepsuje samochód, będziesz czekał nie wiadomo jak długo na pomoc i zamarzniesz. Fakt, wszyscy mieli CB radio. Dziś na pomoc się nie czeka, bo auto jedzie za autem, a zasięg komórki jest wszędzie. Dobrze i źle.
W miniaturowym Djupivogur, ważnym od dawna porcie rybackim, była rzeźba, chyba 22 granitowe jaja jako symbol ilości gatunków ptaków zamieszkujących okolicę. Można i tak, są i tacy, co jajka malują.
MOANA MI SIĘ Z JAJKA WYKLUŁA
Byliśmy już na południowym wybrzeżu, gdzie klimat jest dużo łagodniejszy, nawet zimą. W końcu Islandię opływa ciepły prąd zatokowy, czyli Golfstrom. Ma to dla klimatu wyspy zasadnicze znaczenie.
Po przejściu przez miasteczko, do jajek i z powrotem, ruszyliśmy w zachodnią stronę fiordami, wzdłuż wybrzeża i lodowców wychynających się z gór w stronę oceanu, aby dojechać do Diamond Beach, plaży, na której leżą i wokół której pływają bryły lodu spływające z laguny znajdującej się przed lodowcem. Bryły o różnych kształtach i kolorach.
LODOWCE. LODOWCE
Miejsce robiło wrażenie, zabawa z lodem też, pływające i leżące na plaży kawałki wyglądały jak wielkie szklane kryształy.
Laguna obok, zwana lodową, była pełna wielkich pływających odłamów lodowca odrywających się od czoła znajdującego się w tle. Widok był niespotykany, więc fascynujący.
Jednak trochę dalej, przy lodowcu Fjallsarcon, widok był jeszcze piękniejszy i prawie bez turystów, jako że trzeba było do czoła lodowca dojść. Miejsce jeszcze bardziej zapierało dech w piersiach, ponieważ czoło lodowca było dużo bliżej i słychać było pękające lody. Na dodatek, szczęśliwie trafiła nam się słoneczna pogoda, która dodała uroku miejscu, aż tak, że nie chciało się stamtąd odjeżdżać. Posiedzieliśmy więc trochę, każde z nas zamknięte w kokonie myśli różnych, patrząc na te dziwy natury.
REFLEKSJA
Ruszyliśmy dalej i jechaliśmy jak długo się dało, aby stanąć w końcu na mega pełnym campingu, cóż, bliskość lodowców przyciąga wszystkich.
FABRYKA LODU
Był wtorek 1 lipca i od rana lało. Po kąpieli i śniadaniu niechętnie ruszyliśmy. Wyglądało na to, że z naszych planów wycieczkowych nic nie wyjdzie. Po drodze dalej lało, czasami siermiężnie, ale w oddali, na horyzoncie pojawił się jasny pasek. Prawie dojechaliśmy do niego, ale głód nas przycisnął i zatrzymalismy się na lunch. W międzyczasie pasek sam się przybliżył i kiedy stanęliśmy na parkingu przy Skogafoss była piękna, słoneczna pogoda.
Wycieczka w górę wodospadu i daleko za niego w górę rzeki była urokliwa, zielone połacie pocięte strumieniami, przechodzące w pagórki, a wszystko na tle białych okrągłych wzniesień lodowca. W drugą stronę widok był na ocean, przed którym rozciągał się olbrzymi płaskowyż, również pokryty włosiem tych samych strumieni, próbujących znaleźć sobie ujście do oceanu. Pozazdrościć można było sobie takich widoków.
ACHY I OCHY
Na noc stanęliśmy na darmowym campingu Gata free. Ktoś postanowił właśnie tak i pozwalał stanąć na swoim terenie w pobliżu oceanu za darmo. Podobno to właścicielka baru, który okazał się zamknięty, co nas zasmuciło i to nie z powodu dostępu do alkoholu, ale po prostu wszystkie telefony nam padły. Moana poszła na rekonesans, biorąc ze sobą bezużyteczne, a tak ważne w podróży, urządzenia. Wróciła bez nich, ot zostawiła je w pierwszym lepszym domu do ładowania.
Miejsce było piękne, wśród gniazd sporych białych ptaków latających wokół nas nerwowo, które przelatując blisko głów, okazywały swoje niezadowolenie, a słoneczny i trwający w nieskończoność zachód słońca jeszcze bardziej podkreślił dzikość otaczającej nas natury.
Poranne sikanie obudziło nas o 4 rano przy pełnym słońcu. Po chwili Beatka zasnęła kamieniem, a ja kręciłem się aż do znudzenia. W końcu postanowiłem iść na spacer do kościółka odległego o kilka kilometrów.
Szedłem pustą drogą asfaltową, kiedy w którymś momencie pojawiły się znów te duże białe ptaki, które krążyły wieczorem (zegarowym) przy kamperze. Zaczęły się drzeć, przelatując z wielką prędkością niebezpiecznie blisko mojej głowy. Założyłem ortalionowy kaptur i się zaczęło. Nie uwierzycie, ptaki Hitchcock’a to był mały pikuś. Przyśpieszyłem kroku, a one latały i dziobały mnie w głowę, a ja, prawie biegnąc, próbowałem trafiać je pięciami. Był moment, że naprawdę zacząłem się bać. W końcu oddaliłem się od miejsca lęgowego i odpuściły, skrzecząc jeszcze na mnie z daleka.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że będę musiał jeszcze tędy wrócić. Kościółek był daleko, jakieś 6 km w jedną stronę, ale pejzaże warte były tak długiego spaceru w samotności. Nie mogłem jednak robić zdjęć, nie miałem telefonu. Kościółek też był uroczy, z opisaną ciekawą historią i małym cmentarzem. Umierali tam bardzo młodo albo bardzo staro, a może ci w średnim wieku wyjeżdżali i umierali gdzie indziej?
Poszedłem jeszcze na kamienistą plażę z rodzajem nieużywanej nieprzystępnej przystani, do której prowadziła kładka, ale zimny wiatr wygnał mnie za wydmę, która oddzielała ocean od drogi. Ruszyłem w drogę powrotną. Kiedy dochodziłem do ptasiego horroru, lunęło jak z cebra. Jak nie urok to sraczka, pomyślałem i pognałem w stronę kampera nienagabywany tym razem przez ptaszydła. Do domu wszedłem totalnie zmarznięty i mokry, jakbym wyszedł spod prysznica. Rozebrałem się, wytarłem i położyłem koło słodko śpiących dziewczyn. Jako jedyny, byłem wykąpany.
Stukałem, pukałem, w końcu obszedłem dom, w którym teoretycznie były nasze telefony. Kiedy wróciłem przed drzwi, pojawił się stary Niemiecki emeryt i zapytał, o co chodzi. Ona jeszcze śpi, powiedział, spróbuję zapytać, mam klucz. I zamiast iść pytać, opowiedział mi swoją historię, jak tu kiedyś przyjechał, zamieszkał na chwilę w starej przyczepie i został do dziś. To już 10 lat w niej mieszkam, wskazał rozpadającą się ruinę. Pięknie, ale idź już po te nasze telefony.
Po zostawieniu 10€ w skrzyneczce, z niedoładowanymi telefonami ruszyliśmy w dalszą drogę, do stolicy, czyli Rejkiawiku.
Kiedy byłem tu 20 lat wcześniej, stolica była niewielką pipidówką mającą 125 tys. mieszkańców. Dziś jest dużą pipidówką, bo ma prawie 200 tys., a to już miasto. I ma operę!
OPERA JEST
Miło było się snuć po resztkach starego niskiego miasteczka, otoczonego dziś wielkimi osiedlami, Miasteczka ze współczesną katedrą dominująca całą okolicę. Rozumiemy, że fasada bożego dobytku wzorowana była na małym, ale bardzo charakterystycznym wodospadzie, jest prawie jego kopią. Wnętrze nas zauroczyło, zwłaszcza kontakty, które pozwoliły doładować trochę telefony.
KATEDRA I WZÓR
Potem były sklepy z badziewiem, opera i dużo deszczu.
Po południu przejechaliśmy jeszcze przez wypożyczalnię samochodów, aby odebrać bagaże Moany i się jakoś przepakować na lot do Polski. W tym celu na noc stanęliśmy nieopodal, na campingu samoobsługowym, gdzie po kąpieli i szybkiej kolacji, legliśmy w łóżku na ostatnią krótką białą noc.
3 lipca, po pobudce o 6h00 już po godzinie jechaliśmy na lotnisko, gdzie dziewczyny poszły do kolejki nadać bagaż, a ja pojechałem oddać samochód. Spotkaliśmy się przy kontroli i odlecieliśmy razem do Katowic, po Dudę, vana i aby ruszyć w dalszą, długą podróż. CDN.

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Cudnie, nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Uściski
OdpowiedzUsuńWiekszosc (99%) dzisiejszych YouTube-berow przy was wysiada.
OdpowiedzUsuńdokłądnie zgadzam się 100% dzisiejszych yuutuberów podróżniczych to wydmuszki
OdpowiedzUsuńJednak fakty są faktami. Fajnie było czytać państwa Bloga w 2025 roku i widzieć, jak ceny się nie zmieniły... Co pokazuje, że żeglarstwo stało się bardziej dostępne dla wielu. Bo kiedyś wy przecież na Śródziemnym płaciliście 100 eur za Marinę- i dziś taka jest cena droższych marin. Myślę, że paradoksalnie teraz ten upierd byłby mniejszy, a i bardziej komfortowy niż van czy kamper.
OdpowiedzUsuńDalszą część komentarza anonima: zupełnie brak w mojej wypowiedzi jakiejkolwiek zlośliwości, jednak uważam, że są państwo bardzo ciekawymi i kreatywnymi ludźmi, a świat zmienił się przez ten czas ekstremalnie. Myślę, że w jednych miejscach na plus w innych na minus i państwa Teneryfa to niestety ten minus. Myślę że dużo jeszcze przed wami ciekawych podróży, a i proszę sobie przypomnieć jak fajnie wam się płynęło przez ten Atlantyk- długie trasy nie muszą być masochizmem :D może kiedyś wrócicie na łódkę, sporo życia jeszcze przed wami :)
OdpowiedzUsuńJakim chamem trzeba być żeby do dorastającej dziewczyny walić takie teksty , że urosła wszerz.... Współczuję córce ojca chama, zadufanego w sobie bubka. Przez ciebie baranie ta dziewczyna wybierze sobie w przyszłości faceta, który też będzie walił do niej takie chamskie teksty, a ona uzna że to normalne, bo ojciec do niej tak mówił... Wiesz kto wali takie grubiańskie teksty? Przemocowy.
OdpowiedzUsuńA może nie cham, tylko zatroskany o zdrowie swojego dziecka ojciec? Zarówno fizyczne jak i psychiczne. Właśnie jako rodzic ma prawo zwrócić na to uwagę, nadwaga to nie tylko kwestia estetyki, zwłaszcza, że oboje rodzice są aktywni i o zdrowych sylwetkach. Dziewczyna może kiedyś ojcu podziękować za takie komentarze i być może właśnie na odwrót- nie zwiąże się z byle kim, bo nie będzie zakompleksioną kobietą.
UsuńCóż, jako "przemocowy" ojciec, który nigdy nie uderzył własnego dziecka, mogę tylko dodać, że nasza mała rodzina żyje po prostu w prawdzie. Wiemy wszystko o naszej córce, nawet najbardziej intymne rzeczy. Może dlatego, że od dawna traktujemy ją jako partnera, który ma nie tylko prawo do własnych opinii, ale bierzemy je zawsze pod uwagę przy naszych dorosłych decyzjach. Może właśnie dlatego zwierza się nam jak najlepszym przyjaciołom, bo ufa nam bezgranicznie, a dzięki temu i my jej. Większość rodziców mogło by nam pozazdrościć takich relacji z dorastającym nastolatkiem w jego trudnym okresie. Co do chama i bubka, proponuję anonimowemu czytelnikowi wrócić do końcówki wpisu ze Stycznia 2025. Życzę mu takich życzeń od jego własnego dziecka.
UsuńJakim chamem trzeba być, żeby tak sie w......c w cudze zycie.Ojciec ma prawo krytykowac,bo jest ojcem,a ty swoje frustacje wylewaj na twoim podworku,jezeli takowe masz.
OdpowiedzUsuńHej, kiedy cdn :) uściski
OdpowiedzUsuńWkrótce. Kończę Anglię, Szkocję i obie Irlandie. Pozdrawiam i dziękuję za zainteresowanie.
UsuńDziękuję, serdeczności
UsuńPrzez dłuższy czas ,zastanawiałem się dlaczego to tak mało wpisów ,u takich fajnych ludzi którzy opisuja swoje podróże w bardzo fajny sposób,w sposób który doświadczło się podróży razem z Nimi .Mam kilka słów do anonimów ,jak masz nieciekawe życie to zamilcz ,to nie progi dla ciebie .Jaką trzeba być ciotą zeby krytykować w taki sosób cokolwiek pisząc ?
UsuńDziękuję Panu bardzo za miłe słowa! Ja też się zastanawiam od lat, dlaczego jest tak mało wpisów, a tak dużo ludzi czyta nasz blog (mam podgląd). Wreszcie coś się jednak dzieje! Jeśli chodzi o ewentualny hejt, to jest naturalną rzeczą, że musi się pojawić kiedy coś się upublicznia. Jakieś niefortunne słowo, żart o bogu (jakim by nie był), krytyka polityczna, powoduje natychmiast, że ma się oponentów zakochanych w swoich wartościach. Z początku pisaliśmy go razem z Beatą, dziś tylko ja jestem uparty. Kiedyś w podróży, kiedy nie było częstego dostępu do Internetu, o telefonie nie wspominając, blog miał służyć informacyjnie rodzinie i kumplom. Po latach okazało się, że czytelników jest więcej i czasami nasz sposób patrzenia na podróże pomaga innym w ich wyborach. Bardzo nas to cieszy. Pozdrawiamy wszystkich czytelników bez wyjątku.
OdpowiedzUsuń