Lato 2025 - dalej w drogę (Anglia, Szkocja i obie Irlandie).
Pełni wrażeń z Nowego Jorku i Islandii wylądowaliśmy w Katowicach, skąd po odebraniu samochodu i Dudy ruszyliśmy w Polskę spełnić obowiązki rodzinne. Moana po roku nieobecności zobaczyła znów babcie, znaczy moją mamę i po raz ostatni mamę Beaty, co wtedy nawet do głowy nam nie przyszło.
ŻEGNAJ FREDZIU
Choć było bardzo miło, paliliśmy się, aby ruszyć w trasę naszym nowiutko zrobionym dostawczakiem.
Jadąc autostradą południową, postanowiliśmy znów stanąć w tym samym miejscu na nocleg, w lesie obok Bolesławca, pozwalającym spać w naturze i na spacer z psem.
NASZA STAŁA MIEJSCÓWKA
Jak zwykle, zaplanowaliśmy przeskok przez Niemcy w niedzielę, wiadomo, w tygodniu to jeden wielki korek.
Na początek prowadziła Beata zakochana we wszystkich udogodnieniach auta. Lusterko wsteczne będące ekranem patrzące do tyłu przez kamerę, radary na lusterkach bocznych, adaptacyjny tempomat trzymający prędkość i pas, a przede wszystkim była zakochana w wielkiej przedniej szybie z widokiem. Byliśmy szczęśliwi, siedząc w trójkę z przodu, po roku znów razem! Duda leżała za nami zapięta pasem w szelkach.
W drodze stanęliśmy na lunch w Berlinie, aby pokazać Moanie berliński mur, który tak chciała zobaczyć i trochę Berlina przejeżdżając jego pustymi ulicami oraz obok Bramy Brandenburskiej.
MNIAMNUŚNIE
Droga do Holandii była daleka, ale dojechaliśmy tylko do Cremlingen koło Hanoweru, aby stanąć na noc na świetnym parkingu przy preriach, gdzie jedynie przyjeżdżają spacerowicze z psami. Byliśmy sami i nie dziwota – lało. Za to rano poszliśmy z Dudą na spacer w już nie tak siną dal.
Zwiedzanie centrum Hanoweru nie zajęło nam tyle czasu, ile planowaliśmy, ale i tak dostaliśmy mandat 20€ za przekroczenie czasu parkowania.
W HANOWERZE DOBRA NIEMIECKA ARCHITEKTURA
Zbliżając się do Holandii i promu zadałem sobie i paniom głupie pytanie. Jak wygląda granica z Anglią, jeśli w lutym minął okres przejściowy po Brexicie? No i się zaczęło. Zakaz wwożenia mięsa, jajek, wędlin i wszystkiego, co mieliśmy w lodówce. A to gnoje! Na dodatek roaming telefoniczny w horrendalnej cenie! Trzeba będzie pokombinować.
W Holandii, w bliskości portu promowego, stanęliśmy wśród polderów, na ślepej ulicy, która kończyła się małym parkingiem. Wokół była woda, pola, krowy, króliki i śpiew ptaków. Pogoda jednak nie pozwoliła na korzystanie z dobrodziejstw natury i skończyło się graniem w karty w samochodzie. Rano udało się jednak zrobić pętlę spacerową, ale zanim ruszyliśmy na prom do Hoek van Holland pocięliśmy całą szynkę w grube plastry i zrobiliśmy kanapki. Kabanosy i kiełbasy dałem na dno lodówki i przykryłem dwiema warstwami piwa w puszkach.
Przy wjeździe na prom Stenaline okazało się, że nie mamy wykupionego miejsca dla psa, zaproponowali 29€ za klatkę lub 69€ za kabinę z psem. Przed nami był cały dzień płynięcia, wybraliśmy kabinę.
Tuż przed wjazdem była niespodzianka, pomarańczowa kontrola celna. Znacie nowe przepisy w Anglii? Te o mięsie też? Znamy, mamy tylko piwo.
Prom jak to prom, wielkie zakupy bezcłowe Anglików, do których alkoholowo też się dołączyliśmy. No i nieustająco kanapki na lunch i kolację wypchane wędliną.
POLDERY I HOP DO ANGLII
Po 20h00 wpłynęliśmy do Harwich, gdzie odbyła się skrupulatna kontrola paszportowa, mieliśmy jednak zrobione i zapłacone elektroniczne wizy. Za nią był budynek celny, do którego wjechaliśmy ostrożnie, jechaliśmy wolno i nagle wyjechaliśmy z drugiej strony. Nikogo. Pewnie liczyli Anglikom butelki. Uff! Kabanosy i Myśliwska moje.
Chwilę później stanęliśmy na nocleg przy ulicy opartej o plażę i morze. Taki widok z auta to marzenie. Witaj Anglio!
TRASA NA POCZĄTEK, ABY CZYTAJĄC WIDZIEĆ PRZESTRZEŃ
Poranny spacer był zabawny, ponieważ po chwili cali oblepieni byliśmy biedronkami, których było tysiące. Skończył się morską kąpielą, o czym każdy marzy, będąc na wakacjach. Od tego momentu, byliśmy wolni, bez ograniczeń czasowych i bez szczególnego celu z obranym tylko kierunkiem północnym. Zanim ruszyliśmy z wolna w stronę pobliskiego Cambridge, kupiliśmy dla dziewczyn dwie karty telefoniczne z 200Gb internetu za jedyne £12 każda, a ja podłączałem się do Hotspota Beaty lub Moany, byliśmy przecież cały czas razem.
PLAŻA W HARWICH
Na kolejną noc stanęliśmy na północ od Cambridge, pozostawiając zwiedzanie na dzień następny.
W Cambridge byłem ostatnio w 1979 roku, jeszcze za komuny. To wiele lat temu. Wtedy było pustawo, popływałem łódką pychówką, powchodziłem, gdzie chciałem, nikt mnie o nic nie pytał. Imponowały mi stołówki uniwersyteckie z długimi na dziesiątki metrów stołami ze srebrnymi nakryciami i wysokie sufity. Było to ewidentnie piękne, spokojne miejsce nauki i wiedzy.
Dzisiejsze Cambridge uderzyło nas jarmarczną i komercjalną atmosferą. Wszędzie przewalały się wściekłe tłumy, a wejścia do szkół nie dość, że były teraz płatne, to zwiedzało się tylko niewielką ich część, gdzie miało się głównie muzealne wrażenia.
PIĘKNIE I PRZESTRZENNIE
POKOJE STUDENCKIE NICZEGO SOBIE
Dziewczyny weszły to tu, to tam, ale uciekając od tłumu, na lunch znaleźliśmy najstarszy pub w mieście, oddalony od centrum, przy rzece i dużym parku. I nie żałowaliśmy, był wolny stolik na zewnątrz i jedzenie więcej niż przyzwoite.
Po lunchu i drugim spacerze przez park snuliśmy się po mieście, zaglądając do sklepów. I to był błąd. Moana w szale stylu „vintage” wypatrzyła sukienkę i trzeba było jej kupić. I Pasek. I firankową podkładkę. Ok, wyglądała uroczo i do końca podróży często w niej chodziła, robiąc furorę. Przynajmniej tyle słodyczy, bo cena była słona.
KOŃCOWY WYBÓR
Pod wieczór stanęliśmy jeszcze w Petersborough na zakupach w polskim sklepie. Zobaczyliśmy katedrę i szybko uciekliśmy, tak nam się tam nie podobało. Jakieś bardzo złe prądy były w powietrzu. Pierwszy raz w historii naszych podróży mieliśmy takie dziwne, negatywne odczucia. I to wszyscy.
Za to później zdarzył się cud świata. Znaleźliśmy się samotnie na parkingu rezerwatu ptaków „Deepling Lakes”, wśród rozlewisk i zielonych połaci towarzyszył nam śpiew, a mądra aplikacja pozwalała na rozpoznawanie każdego gatunku. Wieczór przy zachodzie słońca był boski.
DEEPLING LAKES – BOSKO!
Rano nie spieszyliśmy się, po śniadaniu poszliśmy na długi spacer, więcej słuchając, niż oglądając – ptaki śpiewały w wybujałej zieleni drzew i krzaków i nie można było ich wypatrzeć.
Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Lincoln słynącego z pięknej i starej katedry. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że możemy ją zwiedzać z psem. Było więcej niż interesująco, widać było zmieniające się z biegiem lat tendencje w architekturze, a wszystkiemu towarzyszył trenujący chór, na który Moana (ciągle robiąca furorę w swojej sukience) patrzyła wzruszona, żyjąc jeszcze wspomnieniami swojego chóru w High School w USA, w którym śpiewała. Zachwyt.
PETS FRENDLY
LINCOLN PIĘKNE
Po popołudniu w mieście, nocleg znaleźliśmy w Burringham, przy wale powodziowym koło starego kościółka i jeszcze starszego cmentarza. Oczywiście postój zaczęliśmy od sprzątania śmieci wokół. Nieustająco nie lubię ludzi jako anonimowej i bez szacunku całości.
SPRZĄTANIE TO NASZE PRAWIE CODZIENNE DZIAŁANIA
Po Nowym Yorku czas przyszedł na po prostu York. Prócz chęci zwiedzenia tego atrakcyjnego miasta powodem zawitania tam były odwiedziny Kasi, córki Jaśka. Byliśmy już wcześniej umówieni i bez problemu zaparkowaliśmy koło jej domu usytuowanego w centrum. Czas przyszedł na sprawy techniczne, na początek więc ruszyła pralka i suszarka, a my w tym czasie popijaliśmy w ogródku apero, a potem poszliśmy na lunch. Do taniej znajomej knajpki. Zapłaciliśmy tylko £130, czyli 150€, czyli 640 pln. Cóż, podróże kształcą, a kieszeń… . Rym wymyślcie sami.
KAŚKUJEMY
Całe popołudnie Kasia robiła za przewodnika po swoim pięknym mieście. Bardzo nam się podobało, ale mimo że jej miejsce zamieszkania było centralne i pozwoliło wpadać, aby przełożyć pranie z pralki do suszarki, operacje czyszczące zakończyliśmy dopiero po 20h00.
YORKUJEMY. NOWA RZEŹBA ELŻBIETY II. ONA TO TEŻ JUŻ HISTORIA
Pod wieczór, już po prysznicu każdego z nas, podziękowaliśmy za wszystko i ruszyliśmy w stronę Leeds. Noc minęła szybko w jakimś ustronnym miejscu, w planach mieliśmy trochę natury, a nie tylko miasta i miasta.
PIĘTERKO
Dość wcześnie zaparkowaliśmy w Peak District National Park, tuż przy początku wybranego szlaku na Kinder Scout, najwyższą górę parku (636 m, ho ho!). Po chwili podszedł pan i dał nam bilet parkingowy ważny do wieczora, macie, ja już wyjeżdżam. Miło.
Trasa była piękna, wśród soczystej zieleni z piknikiem po drodze przy strumieniu. U góry pojawiły się twory kamienne oraz otworzyły się widoki. Jak to w górach.
ZIELONO NAM
SZCZYTUJEMY
Jak przystało na zwiedzanie Parku, zostaliśmy w nim na noc. Miejsce było wietrzne, wysoko więc z widokiem, przy jakiejś nieuczęszczanej drodze, która miała płaskie trawiaste szerokie pobocze, co było rzadkością.
Zaznaczyć trzeba, że jazda po Anglii, a później, jak się okazało, wszędzie była piekiełkiem i to nie tylko z powodu ruchu lewostronnego. Ten przeszkadzał najmniej. Jak się tylko zjechało z dróg głównych, trakty zawężały się często do jednego auta, bez możliwości minięcia.
Jak to możliwe? Ano proste, drogi przygotowane były do jazdy karetą czy wozem, a po obu stronach zawzięci właściciele ziemscy budowali wysokie mury, czy też niższe murki, aby zaznaczyć swoje. Asfalt dzisiaj jest do tych murków. Gdzieniegdzie cywilizacja wymusiła mijanki, więc często trzeba było, przy szczęściu czekać, a częściej cofać się setki metrów, co umożliwiała na szczęście kamera cofania. Prawie całą podróż podrzędnymi drogami jeździliśmy z zamkniętymi lusterkami bocznymi, nie chcąc ich stracić. Chwaliliśmy wtedy zrządzenie losu, że wybraliśmy taką opcję, oba nie tylko zamykają się elektrycznie, a jeszcze dolne i górne regulują się na dystans. Jadąc, trzeba było ciągle uważać i zapamiętywać miejsca mijanki, aby za chwilę widząc auto naprzeciw wiedzieć, jak daleko trzeba się cofnąć. Cyrk!
VAN DAJĄCY WOLNOŚĆ
Po kąpieli, w środku z powodu wiatru, ruszyliśmy niezbyt wcześnie do Chester. Pierwszym powodem jazdy tam było słynne zoo z wielkimi wybiegami, drugim, niezwykłe stare miasto.
Po zaparkowaniu przy zoo Beata otworzyła drzwi, wiatr je porwał i uderzyły ostrym dolnym narożnikiem w samochód obok, robiąc wgniecenie w cudzych drzwiach, a nam nic. Pechowo. Ja i Moana poszliśmy do zoo, a Beata została z Dudą w aucie w oczekiwaniu na właścicieli sąsiedniego auta i nasz powrót.
Zoo jak to zoo, nie jestem zbytnim fanem, ale to w Chester było akceptowalne, ze względu na komfort zwierząt zapewniony przez olbrzymie wybiegi. Do wieczora zobaczyliśmy prawie wszystko, co chcieliśmy. Były oczywiście wszystkie big five, ale i wielkie warany z Komo, żyrafy, wszelakie wariujące małpy, różne antylopy i wiele, wiele innych. Jedynie Cassowary schowały się w gąszczu na wyspie i ich nie widzieliśmy, a bardzo chcieliśmy. Nie udało nam się ich zobaczyć w naturze w Australii i w zoo też nie.
ZOOLOGIA
Wydarzeniem była ciemna hala, w której mieszkały różne gatunki nietoperzy. Chodziło się wśród nich, czując na twarzy podmuch lub nawet dotyk ich skrzydeł. Wyszliśmy zachwyceni.
WARANIE TY BARANIE
W międzyczasie Beatka rozmówiła się z dwiema miłymi i wyrozumiałymi paniami. Ustaliły, że zobaczą, jaki jest koszt naprawy i dadzą znać czy płacimy, czy użyjemy ubezpieczenia. (Dziś już wiemy, że zadziałała ubezpieczalnia, warsztat wycenił naprawę na £1500, więc to ona pokryła koszty.)
Po zakupach w supermarkecie wyjechaliśmy na noc pod Chester na jedyny camping naszej podróży. Okazało się, że camping jest samoobsługowy, ma cztery miejsca i domek, a w nim salon, i wszystkie wygody. Była też do pobrania woda i możliwość opróżnienia ścieków. Wszystko za £10. Jak nie w Anglii. Na dodatek byliśmy sami. Z powodu chłodu i deszczyku zjedliśmy i spędziliśmy wieczór w salonie słuchając całkiem przyjemnego śpiewu Moany.
À propos polskiego jedzenia, dodać należy, że prócz wszechobecnych polskich sklepów, w każdym hipermarkecie jest polski dział i jest taniej niż w takich sklepach. Tak więc kabanosy i ogórki kiszone były zawsze dostępne.
Poranek w Chester był szokiem. Chesterowcy pobili szwajcarskich Bernowców. Otóż w Bernie ulice mają arkady, więc kiedy pada śnieg lub leje chodzi się suchą stopą po mieście i robi zakupy. Chyba że przejeżdżająca fura zbryzga nas gównem z pomyjami. A w Chester sprytnie te arkady zrobiono na pierwszym piętrze wszystkich domów, gdzie również usytuowano wszystkie butiki! Jak oni się dogadali, wiedząc, że każdy dom jest inny? Istny światowy ewenement.
CHESTER BARDZO ŁADNE
WIDAĆ ARKADY NA PIĘTRZE
Po przejściu arkadami poszliśmy jeszcze do arcyciekawej katedry i oczywiście na piwo do pubu, aby się trochę rozgrzać – pogoda nas nie rozpieszczała.
KATEDRA Z DZIWNĄ FASADĄ, ALE W ŚRODKU NA BOGATO
PUB ANGIELSKI I NASZ, POLSKIO-UKRAIŃSKI W AUCIE
Na noc, jadąc już w stronę Liverpoolu, zjechaliśmy nad morze, to pomiędzy Anglią i Irlandią (i Walią, żeby ktoś się nie czepiał) zwane Morzem Irlandzkim. Prezio USA by to szybko zmienił, powinno być Morzem Angielskim, bo Anglia jest większa i silniejsza przecież.
Morza jednak nie było, tak bywa przy tak wielkich pływach, zniknęło gdzieś za horyzontem.
MORZE IRLANDZKIE, KTÓREGO NIE MA
Cały następny dzień przewidzieliśmy na Wątrobianybasen, znaczy Liverpool. Nie był to dobry pomysł, po zwiedzeniu Muzeum Beatlesów i różnych miejsc z nimi związanych, Moanę wzięła Beatlesomania i do dziś trzyma. Tak czy siak, spędziliśmy wspaniały dzień, muzeum było bardzo ciekawe, Moana zaśpiewała w pubie, gdzie jeszcze nie wielcy chłopcy przesiadywali. Łaziliśmy po mieście, wstępując tu i ówdzie do pubów, aż w końcu zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku grupy i wykończeni kilometrami w nogach wylądowaliśmy na aperitifie (!) i tatarze w aucie.
THE BEATLES
Nos spędziliśmy w marinie, gdzie wyznaczono specjalny parking dla kamperów. Następnego dnia dziewczyny poszły na musical „Joseph and the amazing technicolor coat”, a ja w tym czasie przestawiałem meble na swoje miejsce, parę dni wcześniej, przy silnym hamowaniu, przesunęły się o kilka centymetrów.
LENONKI
WSZYSTKO WOKÓŁ GRUPY
Po musicalu spotkaliśmy się w mieście i pojechaliśmy pod katedrę i na lunch w chińskiej dzielnicy. Katedra była olbrzymia i zadziwiająca. Po pierwsze współczesna, po drugie zwiedza się ją z psem, a po trzecie (dla Polaka niewyobrażalne) w środku przy głównej nawie, była restauracja z ogródkiem, gdzie serwowano również alkohol. Wow!
Prócz chińskiej ładnej bramy dzielnica chińska była nieistniejąca, a nieliczne knajpy zamknięte. W jedynej otwartej zaproponowano nam przyrządzenie naszej Dudy, więc poszliśmy dalej w miasto, aby zasiąść w knajpce koreańskiej na prostym żarciu koreańskiego chłopa.
W KATEDRZE PO LEWEJ KNAJPKA Z OGRÓDKIEM
Po lunchu ruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Lake District. Na noc stanęliśmy nad jakimś jeziorem i przed kolacją zrobiliśmy w lesie pętlę 3km z Dudą zajadając się po drodze malinami, które od dłuższego czasu były w Anglii wszechobecne.
W piątkowy poranek (18 lipca), nic nam nie wyszło, ruszyliśmy za późno w kierunku Patterdale, a kiedy zaparkowaliśmy na hotelowym parkingu, aby ruszyć na wycieczkę, zaczęło padać. Postanowiliśmy zjeść lunch w samochodzie w oczekiwaniu na lepsze czasy. No i takie nastały zaraz po lunchu i ruszyliśmy na upatrzoną pętlę, w tym na szczyt St Sunday Crag 841, 16km, z 900m przewyższenia.
RUSZAMY
Góry były niesamowicie zielone, widoki coraz piękniejsze, no i wszędzie pojawiły się jeziora, w końcu Park miał w nazwie Lake. Widok ze szczytu był imponujący, piękno gór zapierało dech, podobnie jak podejście. Warto było, ocena 5/5 na Googlach był prawdziwa, ale mimo takiej i środka wakacji spotkaliśmy na trasie tylko 4 osoby.
ZE SZCZYTU SCHODZIMY DO JEZIORKA W ODDALI, A POTEM DALEJ W DÓŁ WIDOCZNĄ DROGĄ
PIĘKNIE
Skonani, ale zachwyceni po 19h doszliśmy do samochodu, aby ruszyć w stronę Szkocji i muru Hadriana.
Po spokojnej nocy w jakiejś nieuczęszczanej drodze donikąd usytuowanej przy dużym rondzie pierwszy kontakt ze Szkocją był deszczowy. Wysiedliśmy tylko na chwilę zerknąć na kawałek nierozebranego historycznego muru. Mur Hadriana ciągnął się od morza do morza i miał długość 115km. Co 500m stała wieża, a co 1500m był mały fort. Były też i duże forty-miasteczka, jednym z nich była Vindolanda, do której kierowaliśmy się. Lało, więc zjedliśmy po drodze lunch, zrobiliśmy zakupy, a kiedy dojechaliśmy na miejsce o 16h30 już nas na historyczny teren nie wpuścili.
Na noc przykleiliśmy się do płotu jakiejś ruiny znajdującej się w szczerym polu i poszliśmy w deszczu na spacer z Dudą i tyle z tego dnia było.
LEJE, ALE HUMORY DOPISUJĄ
Rano przenieśliśmy się na darmowy parking przy Vindolandii i za jedyne £35 weszliśmy na teren wielkiego, warownego miasteczka, a raczej jego fundamentów. Było tam wszystko, co trzeba, rekonstrukcja muru i bramy, zbiorniki z systemem kanalizacji i wody, łaźnie, mieszkania i pracownie. Jednym słowem wszystko, co rzymska cywilizacja przyniosła.
VINDOLANDIA
PO WYKOPALISKACH W MUZEUM SAME CUDA
Jednak to muzeum przeszło nasze oczekiwania swoim bogactwem, a zwłaszcza tym, że wszystkie prezentowane eksponaty zostały znalezione na miejscu! Wśród nich były gliniane tabliczki, na których nie dość, że wszystko było opisane, to były wśród nich listy opisujące życie na rubieżach cesarstwa. Dlatego to miejsce jest tak ważne historycznie, bo wiemy o nim wszystko: ilu było mieszkańców, jakie były zapasy, jak wyglądało życie. Istny cud.
WSZYSTKO W ŚWIETNYM STANIE PO 2 TYSIĄCACH LAT!
Lunch zjedliśmy przy starych piecach do wypalania drewna, żałując, że to nie tu stanęliśmy na poprzednią noc, miejsce było rozkoszne.
Nowym celem był Northumberland National Park i spacer w nim. Pogoda jednak nas nie rozpieszczała, zatrzymaliśmy się nad jeziorem Kielder i w kroplach deszczu ruszyliśmy najpierw brzegiem, a potem w górę. Wszędzie było widać powalone huraganem drzewa (Edwin w styczniu tego roku), powyrywane w większości z korzeniami wiatrem o prędkości 180 km/h. Brr.
STARE PIECE I LUNCH MARZENIE, A EDWIN? AJ!
Zaraz potem wjechaliśmy do Szkocji, która wydała nam się bardziej naturalna no i pełna baranów.
Po pierwszej nocy nastał cud – wyszło słońce. Wykąpaliśmy się więc po raz pierwszy na zewnątrz i ruszyliśmy w stronę Glasgow. Po drodze stanęliśmy na małym cudnym miejscu piknikowym i jedząc lunch w słońcu, żałowaliśmy, że nie zostajemy tam na noc, tak nam się podobał widok.
Do Sterling wjechaliśmy późno przez zakupy w polskim sklepie i zamknęli nam zamek. Po chwili żalu od razu nam się humory poprawiły – zobaczyliśmy cennik. I tak byśmy nie poszli, bzdura jakaś. Miasteczko było warte tylko krótkiego spaceru, stare więzienie, kilka ładnych kamienic i do wdychania darmowy wszechobecny dymek marychy.
STERLI|NG – MIASTECZKO PACHNĄCE MARYCHĄ
Oczywiście szkockie szczęście nie mogło trwać długo, jak tylko znaleźliśmy miejsce na nocleg koło Callander zaczęło padać. Przy parkingu miał być wodospad z miejscem do kąpieli, a skończyło się moją przegraną w Monopoly i zerową ochotą na jakieś wodospady.
Na dodatek rano wodospad okazał się popierdółką bez znaczenia, więc szybko pojechaliśmy na początek szlaku na znany szczyt Ben Ledi. Szybkość nic nie dała, padało, więc na parkingu każdy zajął się swoimi sprawami aż do lunchu, dopiero po nim ruszyliśmy w trasę.
Doszliśmy do przełęczy, kiedy to rozsądek musiał wziąć górę, chmury opanowały wszystko, z nami włącznie, więc zawróciliśmy. Na pocieszenie mieliśmy 600 metrów przewyższenia w nogach, ot tak, dla chodzenia.
MALINY I CUD DZIEWCZYNY
Pojechaliśmy więc dalej na północ i na noc znaleźliśmy miejscówkę nad jeziorem Loch Tulla. Palce lizać, się wydawało. Lizać musieliśmy, ale ugryzienia po muszkach meszkach, które tuż przed zachodem niewidocznego słońca napadły na nas tak bezczelnie, że przechodziły przez moskitiery i musieliśmy siedzieć w aucie totalnie zamknięci. Nie wiedzieliśmy wtedy, że było to tylko preludium i że rozwinięcie się dopiero zacznie. O dziwo rano meszki poszły w las i mogliśmy się nawet wykąpać na zewnątrz.
Jadąc w miejsca kultowe, trzeba się liczyć z tłumem. Na parkingu przy trasie do Hidden Valley i Tree Sisters miejsc nie było. Zeszło nam więc na oczekiwaniu na jakieś miejsce, a że kropiło, to niezbyt nam to przeszkadzało, do tego stopnia, że kiedy już staliśmy dobrze zaparkowani, zajęliśmy się lunchem, a nie wycieczką. Po lunchu dalej kropiło (choroba jakaś czy co?), ale wyszliśmy i, cóż było robić, poszliśmy w górę.
TRZY SIOSTRY
OK, wycieczka była ładna, udało nam się ominąć tłumek drogą alternatywną. Szału jednak nie było, zapewne przez pogodę. Po 7 kilometrach lekko przemoczeni, na szczęście najedzeni malinami, wylądowaliśmy w samochodzie i ruszyliśmy dalej w stronę Fort William.
I HIDDEN VALLEY
Po drodze miało być niezłe miejsce na nocleg, ale okazało się bagnem. Zakopany widziałem już w wyobraźni pomoc drogową, jakiś traktor czy dźwig. Cud się jednak zdarzył, wyjechaliśmy z pułapki sami i stanęliśmy w miejscu, które wskazywałem wcześniej, ale Beatka uparła się na bagno. Obyło się bez meszek. Wow, była to druga noc bez nich.
Rano afera, meszki atakują i nie można wyściubić nosa z auta. Wszystko więc w środku.
Pojechaliśmy przez Sainsburry do Glenfinnan zobaczyć most i lokomotywę z Harry Pottera. Nie wiem, kto wpadł na taki durny pomysł, ale po drodze okazało się, że na kilometry przed i za mostem nie ma gdzie porzucić auta. Bzdury jakieś. Stanęliśmy ze 3 km za mostem i zjedliśmy lunch. W międzyczasie przejechał obok nas pociąg z Pottera, tyle że taki zwykły, elektryczny.
Po lunchu zawróciliśmy i już mieliśmy przejechać zatłoczone miejsce, ale ciecie od Potterowego biznesu pokazali, że jest miejsce. Cóż, jak już tam byliśmy wjechaliśmy na parking, gdzie po chwili dostaliśmy od kogoś ważny do wieczora bilet parkingowy. Nie zapłaciliśmy więc 12€ podatku od głupoty.
Poszliśmy na punkt widokowy, ale kiedy byliśmy prawie pod mostem, gawiedź zakrzyczała: jedzie! Ja zostałem przed mostem i zobaczyłem, Moana pobiegła i pociąg Pottera przejechał jej tylko nad głową, hałasując. Biedna dziewczynka. A co ja widziałem? Ot zwykły nieekologiczny parowóz do produkcji dymu ciągnący te same wagony co elektryczny i tyle. Niezwykłe to było badziewne, choć późniejszy spacer w górę i widok na sam most był niczego sobie, zwłaszcza że w samotności. Durnowaci zostali przy moście.
LEP NA GŁUPKA
Wróciliśmy zniesmaczeni do Fort William i obraliśmy kierunek na wyspę Skye. Cud nad cudy podobno, no i Whisky Talisker tam robią.
Pojechaliśmy w stronę przesmyku, nad którym zbudowano most łączący wyspę z lądem będącym też wyspą, tyle że wielką. W pobliżu zamku Eilean Conan spróbowaliśmy stanąć na noc, ale się nie dało wyjść z samochodu, meszki przyćmiewały nawet to szare cholerne niebo. Stanęliśmy dużo dalej, wiało niemiłosiernie, ale nie było meszek, wreszcie była jakaś dobra informacja techniczna: wiatr = brak meszek.
Rano wiatr ucichł. Jaka była techniczna informacja? Brak wiatru = meszki (midges). Brudni, pogryzieni, źli, ruszyliśmy, aby stanąć na campingu, gdzie można było skorzystać tylko z serwisu, to jest z wody, pryszniców, WC, i kanalizacji za jedyne £5. Skorzystaliśmy, zostawiając 10 funtów, drugie 5 pozostawiając na to samo w drodze powrotnej ze Skye.
Jadąc w stronę emblematycznego dziada „The Old Man of Storr”, zatrzymaliśmy się na lunch z widokiem na niego. Dziad to skała o kształcie dziada. Podobnie okaże się później, że hotel w Edynburgu zwany kupą, będzie miał dach o kształcie kupy. Takie tam pomysły.
LUNCH Z WIDOKIEM NA DZIADA. ŁADNYM. NO I SŁOŃCE W KOŃCU JEST.
Wycieczka wokół dziada była zacna, znów trasa alternatywna odsunęła nas od tłumu i od wiatru, który jednak dawał się mocno we znaki, więc idea dalszego pójścia wyżej w góry szybko została odrzucona większością głosów 3:1. Za powrotem byłem ja, Moana i Duda.
DZIADOWANIE
Ruszyliśmy dalej w kierunku północnego krańca wyspy, bo w drodze Moana znalazła jakiś spot na nocleg koło cmentarza. Będąc już obok niego, minęliśmy parking, który okazał się nad wyraz komfortowy i miał cudny widok na odległe bardzo charakterystyczne i ciekawe domostwa.
LANDSZAFCIK NICZEGO SOBIE, PIĘKNY WIDOK Z PARKINGU.
Stanęliśmy więc na nim, a że wiatr hulał, więc przehulał meszki, przez co sam wieczór był kochany, a kolacja prima sort jak to Beatka potrafi, kalmar a la Gallega, a potem wspólna gra w Szweda. Piszę o tym, bo wygrałem.
Zapewne czytających zaciekawi, co mogło być rano? Ano nic – meszki.
Poszliśmy jednak do starego cmentarza, który dnia poprzedniego wynalazła Moana na wietrzne odpoczywanie. Ładny był.
OKOLICA ZACHWYCAJĄCA
Jadąc drogą objeżdżającą północ wyspy... tu uwaga: znów część dróg jest tylko na jeden samochód, co jakieś sto, dwieście yardów zrobione są mijanki, przy dużym ruchu to upierdliwe, jedzie się w nieskończoność, ciągle stając. Na szczęście na tym zadupiu psy szczekają dupami i ruch jest niewielki. Tak więc, jadąc północną drogą zatrzymaliśmy się zobaczyć zamek Duntulm. Znaczy jego niewielkie ruiny, i już się wydawało, że będzie to zamek błyskawiczny, a tu masz – u jego podnóża, na plaży coś poruszało się w wodzie.
RESZTKI RUIN, NO BO NIE RUINY
Zeszliśmy i zobaczyliśmy stado fok, które zaczęły wychodzić (raczej wyślizgiwać się) z morza na brzeg. Zasiedliśmy w pobliżu z Moaną i obserwowaliśmy spektakl chyba przez pół godziny. Wow, to był prawdziwy kontakt z naturą!
STADO FOK - NAGRODA OD NATURY
Pojechaliśmy dalej półwyspem zahaczając o porcik Uig, gdzie zachwycił nas sklep, bardzo nietypowy z miejscowymi produktami, które spróbowaliśmy po chwili jedząc lunch na punkcie widokowym z widokiem na tenże Uig.
Po lunchu trzeba było odbębnić kilometry, więc okazją były Glenn Fairy, zaczarowane pagórki z kręgami kamyków, zrobionymi zapewne niedawno, aby miejsce jeszcze bardziej zaczarować dla turystów. Pagórki były atrakcyjne widokowo i na tym.
ZACZAROWANE KRĘGI I PAGÓRKI
Następny po drodze był zamek Dunvegan Castle z darmowym parkingiem. Na szczęście dla kieszeni było już po 17h00 i zamek zamknięto, więc poszliśmy tylko go zobaczyć z daleka. Pomysł zwiedzania zamku, a potem droga na punkt widokowy na niego, był tak ponury, jak sam zamek, wróciliśmy po półgodzinie kompletnie przemoczeni – lunęło.
PONURY ZAMEK JAK Z ŻELBETU, A W AUCIE SUSZARNIA
Poranna kąpiel znów była w środku, wiadomo, meszki! Z małego parkingu pojechaliśmy dalej tą samą drogą do Neist Point, gdzie miała być latarnia. Była, w cudnym miejscu, na półwyspie, po którym krążyliśmy aż do lunchu, zachwycając się widokami, morzem i odległymi klifami.
WSZYSTKO CUDNE
TU TEŻ
A TO ZWŁASZCZA!
SPACER PRZED LUNCHEM Z WIDOKIEM NA JEZIORO
Na lunch cofnęliśmy się na parking dostrzeżony po drodze z zachwycającym widokiem na jezioro i morzem za nim.
Do Talisker Whisky dojechaliśmy za późno, aby zrobić zwiedzanie. Dobrze może, nie jesteśmy przecież fanami produkcji trunku, tylko jego picia. Kupiliśmy więc tylko prezenty w gorzelnianym butiku i pooglądaliśmy butelki w cenie samochodu. (nawet te symboliczne zakupy były idiotyczne, taka sama butelka 1 litr Talisker w sklepiku Talisker kosztowała 50€, a w Carrefourze bezcłowym we Francji, 35€).
Za to na końcu drogi, kilometry za gorzelnią, znajdował się mini porcik (aż taki mały) z parkingiem, który nam się spodobał (wiatr od morza, czyli brak meszek) na noc i na spacer z psem, na który udaliśmy się niezwłocznie. Było wesoło i bajkowo, a i jakaś stara wieża czy latarnia nam się przytrafiła.
MAŁY PORCIK. TA BIAŁA KROPKA PO LEWEJ TO MY
Rano ruszyliśmy do Fairy Pools, znów zaczarowanego miejsca, no bo miały tam być baseny wróżki, przynajmniej w nazwie. Na parkingu z powodu deszczu zajęliśmy się głównie problemem celnym walizki Moany, którą wysłała z USA do Krakowa, do Jaśka i Ewy. Drogo, skomplikowanie i bez sensu. Zajęło to dużo czasu, tak że wróżyć ruszyliśmy po lunchu, bo przestało padać.
Szybko jednak wywróżyliśmy sobie mokre buty. Dolina była imponująca, od razu jednak zrezygnowaliśmy z tłumnej ścieżki centralnej biegnącej wzdłuż potoku i ruszyliśmy na okrętkę podmokłymi zielonymi połaciami, aby dotrzeć na jej koniec. Mglista atmosfera dodawała uroku i tajemniczości miejscu, a z wolna pojawiające się góry podkreślały okrągłość już nie doliny, a wielkiego, dość płaskiego kotła, którego środkiem płynął potok, który skacząc co chwilę przez uskoki, tworzył mini wodospady, a przy nich baseny właśnie.
KOCIOŁ
Nasz spacer był wielce atrakcyjny i wesoły, choć mokry. Atrakcje skończyły się, kiedy doszliśmy do szlaku i tłumu. Z przyjemnością wróciliśmy do auta.
MOKRO
Opuszczając wyspę Skye, załatwiliśmy powtórnie sprawy na campingu, po drodze minęliśmy tylko, ze względu na brak miejsc na parkingu, znany zamek na wodzie Eilean Donan, aby stanąć na noc, jak to mamy często w zwyczaju, koło cmentarza.
ZNANY I ZAMIESZKAŁY ZAMEK EILEAN DONAN
Rano miejsce okazało się więcej niż piękne. Stary cmentarz wojenny z pomnikiem i drugi niewojenny za to z widokiem dla piekłoszczyków. Uwagę przykuła zbieżność nazwisk, Duncan MacLeod, jak główny bohater serialu „Highlander” opowiadający historię Duncana MacLeod’a właśnie, nieśmiertelnego, urodzonego w górach Szkocji zimą 1592 roku. Ten tu był chyba jednak śmiertelny.
ZACNE CMENTARNE MIEJSCE NA NOCLEG. WIECZNY TEŻ.
Jadąc na północ wzdłuż jeziora Loch Ness, podziwialiśmy, jak wiele atrakcji zrobiono dla naiwnych turystów chcących zaliczyć miejsce z nieistniejącym potworem. Oczywiście nawet się nie zatrzymaliśmy, za to chcieliśmy przy zamku Urquhart, ale nie było miejsc na parkingu. I tak jadąc, podziwialiśmy badziewne rzeźby potwora wystawione przy wszelkiego rodzaju muzeach, sklepikach i restauracjach, aż dojechaliśmy do Inverness gdzie zaczyna się Caledonian Canal, łączący Morze Północne z Atlantykiem przez jeziora, w tym Loch Ness, będącym najdłuższym jeziorem w Wielkiej Brytanii.
Inverness stało się dla nas ważnym miejscem, jedynym w okolicy gdzie naprawiali szyby samochodowe. Na nieszczęście wyjeżdżając ze Skye, dostaliśmy kamieniem w szybę i odprysk był poważny. Musieliśmy szybko temu zaradzić. Na drugie nieszczęście firma okazała się badziewna i nie naprawili szyby jak Carglass, reklamujący się na całym świecie z wyjątkiem Inverness. Na szczęście natomiast, pęknięcie się nie rozszerzało, bo i tak szyby wymienić by się nie dało – takich nie mają w tym kraju ze względu na lewostronny ruch i odwrotne położenie kamery. Trzeba by było ją sprowadzić z Europy, co trwałoby wieki. Jaka naprawa taka zapłata, wzięli tylko połowę ustalonych pieniędzy. Mimo nieudolnej naprawy pęknięcie nie rozszerzyło się do dzisiaj.
Auto zostawiliśmy w serwisie i poszliśmy piechotą do centrum na lunch. Miły to był spacer, miłe było też to miasteczko na końcu świata. A lunch to już zupełnie.

INVERNESS ŁADNE I SMACZNE.
PRANIE WISI.
Po odebraniu samochodu wróciliśmy nim do centrum, na parking Lidla, obok którego wypatrzyliśmy wcześniej pralnię. Pranie, suszenie i zakupy trwały w nieskończoność, tak że na noc zatrzymaliśmy się w lesie nieopodal Inverness, aby wszystko dosuszyć, bo w pralni cieple pranie wydawało się suche, a takie nie było. Po chwili zaczęło kropić i wieczór skończył się wśród ubrań rozwieszonych wszędzie w samochodzie.
Rano był już 30 lipca, czas życzeń urodzinowych dla mojej mamy. Tak jak mama Beaty urodziły się w tym samym 1934 roku. Po pracach technicznych związanych z praniem ruszyliśmy późno i do Parku Narodowego Cairngore dotarliśmy w sam raz na lunch. Zaparkowaliśmy na poboczu i kiedy po lunchu wysiedliśmy z auta, za wycieraczką widniał mandat £100. Wściekliśmy się, bo cały szereg samochodów stojących przed i za nami miał to samo, tyle że ich rejestracje były miejscowe, a my stanęliśmy wzorując się na nich.
£100
Zepsuło nam to początek wycieczki, ale później złość minęła i oddaliśmy się podziwianiu widoków, a pod koniec i stada reniferów, które tu sprowadzono jakiś czas temu. Zrobiliśmy zdjęcia na szczycie (1244m) i nawet mieliśmy ideę wydłużyć pętlę, ale po parokrotnym przeliczeniu zrezygnowaliśmy ze względu na zapadający zmrok.
PARCZEK NICZEGO SOBIE
Historia z mandatem skończyła się miło, dzięki sztucznej inteligencji dowiedzieliśmy się, że choć staliśmy na utwardzonym poboczu, to podwójna żółta linia (namalowana dzień wcześniej) dotyczy również pobocza i chodnika. Moana napisała odwołanie, podpierając się zdjęciami, że jako turyści nie mieliśmy pojęcia o takim zakazie, a wszystkie zaparkowane miejscowe auta potwierdzały, że stoimy dobrze. Dwa dni później otrzymaliśmy pismo, że wyjątkowo ze względu na nasze argumenty, mandat został anulowany oraz życzenia miłego zwiedzania Szkocji. Miło i przyjaźnie.
Z gór zeszliśmy późno, więc wyjechaliśmy tylko z Parku, aby stanąć na noc poza nim (zakaz spania na dziko w Parku Narodowym). Wieczór był miły, ale do czasu, po kolacji meszki zaatakowały w nadprzyrodzonej ilości. Zamknęliśmy się w środku, walcząc z nimi, a że były prawie niewidoczne, dawały nam popalić do późna w nocy. Meszkom mówimy dość!
Rano dalej rządziły meszki, więc po toalecie i śniadaniu w aucie uciekliśmy nad morze w stronę Dunnottar Castle w Stonehaven. Po drodze zrobiliśmy duże zakupy w Tesco, na parkingu którego była woda, więc napełniliśmy zbiornik do pełna (120 litrów) i zjedliśmy lunch.
Do zamku dojechaliśmy godzinę przed zamknięciem. Były to cudnie położone na skale wychodzącej w morze ruiny dużego zamku, które zwiedzało się z przyjemnością, czytając to i owo o jego historii. Zasiedliśmy później na plaży pod nim.
NA SKALE
ZAMCZYCHO JAK TRALALA
Stonehaven opuściliśmy po 18h00 i pojechaliśmy na noc na parking w St Cyrus. Tam jednak wypróżniliśmy tylko WC i pojechaliśmy dalej, miejsce nam się nie podobało.
Stanęliśmy więc w następnym miasteczku przy wielkim trawiastym boisku gdzie nie dość, że Duda miała gdzie się wybiegać, to jeszcze nie było meszek!
W pierwszy dzień sierpnia dojechaliśmy szybko do Saint Andrews, duchowego miejsca Szkocji. To tam jest najstarszy uniwersytet i najstarsza katedra będąca miejscem pielgrzymek w XIII wieku. Święty Andrzej jest przecież patronem Szkocji. Miasto jest stare i z charakterem, więc zwiedziliśmy w nim, co się dało i byliśmy zachwyceni.
SAINT ANDREWS PACHNIE HISTORIĄ
Jest też związane z Polską, to w nim w czasie drugiej wojny stacjonował I korpus polskiej armii generała Sikorskiego i są tego ślady w postaci grobu (a jakże) i pomnika na placu muzeum.
Nie zostaliśmy jednak w St Andrews na lunch, ruszyliśmy z wolna wzdłuż wybrzeża, aby stanąć dwie mieściny dalej w knajpce „The Rockies” przy klubie golfowym. Zapewne też najstarszym, bo golf stamtąd się wywodzi. Lunch był wspaniały i obfity, więc pozostawiliśmy auto i poszliśmy do pobliskiego miasteczka Anstruther na spacer. Obeszliśmy miasteczko i jego nabrzeża, a w drodze powrotnej tereny golfowe.
NIE MA TO JAK HUŚTAWKI I SCOTLAND!
LUNCH I SPACER PO NIM
Pod wieczór ruszyliśmy w stronę Edynburga, ale nie chcąc jeszcze spać w mieście, na noc stanęliśmy w Cullaloe Nature Reseve. Miejsce okazało się atrakcyjne, mały parking z widokiem na łany zboża, na którym byliśmy sami, tak jak lubimy! Oczywiście już bez meszek, te gadziny tak bardzo na południe się nie zapuszczają.
Rano do Edynburga dotarliśmy szybko, samochód porzuciliśmy na darmowym parkingu przy jakieś filii uniwersytetu, na którym można by było też spać i poszliśmy do centrum, do którego doszliśmy w 30 minut.
Ja w Edynburgu byłem raz i jak to już bywało w wielu miejscach na świecie, mogłem tam wrócić z moimi miłościami i cieszyć się, że mogę się dzielić wspomnieniami.
Na początek, pod wzgórzem zamkowym, trafiliśmy na targ z okazji, nie wiadomo jakiej okazji, ale był. Łażąc, wyczaiłem winyl Pink Floydów „The Wall”, zharatany więc za £3. Odpuściłem, ale po chwili biegłem z powrotem, aby go kupić. Oryginalny album wraz z biletem, który mam z koncertu, na którym byłem 1980 roku, jest wart miliony. Milionerem już jestem, będę większym.
EDYNBURSKO I BARDZO SZKOCKO
Szybko też zrozumieliśmy, dlaczego nie ma miejsc na zwiedzanie zamku, a tłum wszędzie jest niepojęty. Otóż właśnie odbywał się światowy festiwal teatrów ulicznych. Przepychając się przez ten tłum, zwiedziliśmy katedrę, a czujnej Moance udało się kupić bilet-zwrot na zwiedzanie zamku w prezencie dla mnie. Kochana!
Knajpa na lunch była cudna. Nie dość, że wybitnie klimatyczna i wpuszczali z psem, to jeszcze dania zachwyciły nas nad wyraz.
NIEZŁY JUBEL
Po lunchu poszliśmy odebrać bilet do zamku i w stronę fotela Artura. To taka góra, z której widać całe miasto. Spacer na nią to mało powiedziane, jest to prawie górska wycieczka, na której i widoki są i pot i możliwy późniejszy odpoczynek na trawie w parku. Istne cudo w centrum dużego miasta.
FOTEL ARTURA, WZGÓRZE Z WIDOKIEM
Wracając w kierunku auta, przeszliśmy przez centrum ulicą nad wyraz knajpianą, na której wstąpiliśmy na jednego do chyba najpopularniejszego miejsca „Three Sisters”, które upodobały sobie kolorowe misie i też misiunie, więc mieliśmy ubaw po pachy, oglądając to całe wielobarwne towarzystwo.
U TRZECH SIÓSTR
Po przekąsce w kamperze poszliśmy do upatrzonego po drodze pubu, jednak „dopicie” nie skończyło się dobrze, zostaliśmy wyproszeni, była 22h00 i nieletnia Moana (sama się przyznała, zamawiając drink bezalkoholowy) nie miała prawa po tej godzinie przebywać w takim miejscu, nawet z rodzicami.
WRACAJĄC DO AUTA, OGLĄDAMY STARY I NOWY EDYNBURG
Rano, trzeciego sierpnia, ja wraz Moaną pojechaliśmy autobusem do muzeum, na specjalną wystawę o małpach. Zapowiadało się dobrze i na zapowiedziach się skończyło. Dno za dodatkowe pieniądze.
Jednak reszta Muzeum of Scotland była prima sort, zwiedzaliśmy je na grupy. Beata doszła z Dudą, wtedy psa przejęła Moana, a potem ja i w końcu razem poszliśmy na wspólny lunch.
Po nim ja pognałem do zamku, a dziewczyny kontynuowały muzeum na zmiany. W muzeum była owieczka Dolly, pierwszy klon świata, a przed muzeum, na małym cmentarzu, piesek Bobby, który z żalu zdechł na grobie swojego Pana. Dziś ten piesek ma swój grób i pomnik!
MUZEUM ARCY CIEKAWE, OWIECZKA DOLLY, PICASSO I ENIGMA
Zwiedzanie zamku było nadprzyrodzone, przewodnik audio po francusku był świetny, z dowcipnym i bardzo ciekawym tekstem. Mało kto wie, że w jednym z muzeów zamku jest obraz pod tytułem „Cienka czerwona linia”, z napoleońskiej kampanii rosyjskiej, którego tytuł dzisiaj stał się popularnym powiedzeniem, a co poniektórzy tę cienką linię ciągle przekraczają.
ZAMEK JAK SIĘ PATRZY I CIENKA CZERWONA LINIA
W końcu dziewczyny wyrzucili z muzeum, a mnie z zamku i wszyscy w zachwycie po wizytach spotkaliśmy się po drodze, a by zasiąść na drinku w knajpce, z której nas dzień wcześniej wyproszono. Opowieściom o wrażeniach nie było końca, jednak wracając do samochodu, ze względu na ruch, postanowiliśmy na noc wyjechać z Edynburga.
MIEJSKIE WIDOCZKI
Zatrzymaliśmy się koło Livingstone, samotnie na parkingu, gdzie kolacji towarzyszyły opowieści i wrażenia z Edynburga.
JESZCZE WSPOMNIENIA, A MY JUŻ NA ZIELONEJ TRAWCE
Nikt się nie spodziewał, że nadchodzący dzień będzie dniem straconym. Obudził nas silny wiatr, wzmagający się z każdą chwilą. Ruszyliśmy późno po kąpieli, zrobiliśmy zakupy, ale już parkując, uważaliśmy gdzie i jak stanąć, bo nie chcieliśmy, żeby na nas coś spadło. Jadąc na południe w stronę Glasgow, mieliśmy resztki nadziei na zobaczenie czegoś, był po drodze jakiś wodospad, ale pogoda wykluczyła wyjście z auta. Brr.
Dzień zrobił się przejazdowy, a wieczór po kolacji skończył się filmem „The Great Gatsby”, w sam raz po zobaczeniu w NY tego musicalu.
Ranek był ostatnim w Wielkiej Brytanii, wiało jeszcze, ale już relatywnie słabiej. Na wybrzeżu podzieliliśmy się na grupy, Beatka z Moaną i Dudą poszły na długi spacer wzdłuż morza, ja pojechałem do sąsiedniego miasteczka wypróżnić WC. Wodę wziąłem, ale o spuście ścieków nie słyszeli, mimo że było to zaznaczone na Googlach. Spotkaliśmy się tuż przed lunchem, po którym od razu wjechaliśmy na prom. Bye Scotland, North Ireland welcome.
IRLANDIE:
Belfast, Belfast, to taka piosenka Bonny M. Dla nas nie tylko, Belfast to przede wszystkim stocznia gdzie wybudowano Titanica, w związku z czym jest tam nowoczesne muzeum.
PIERWSZE CHWILE W IRLANDII
Zaraz po nocy przy małym wodospadzie i spacerze do niego, pojechaliśmy do Belfastu, aby zjeść lunch i stwierdzić, że wybrane miejsce jest za daleko od Gran Opera, do której mieliśmy kupione bilety na „Skrzypka na dachu”. To znaczy, dało się przejść, ale czas spektaklu i przejścia w obie strony był zbyt długi, aby zostawić Dudę samą w aucie. Przenieśliśmy się więc na parking w samym centrum i poszliśmy na 14h00 na musical.
GDZIE TEN SKRZYPEK? NA DACHU.
Skrzypka każdy zna, ale ten spektakl długo nam zostanie w pamięci, tak świetnie był śpiewany i grany. Po trzech godzinach wróciliśmy do Dudy, która dzielnie spała w aucie i poszliśmy w miasto. Dziwna to była wizyta, z jednej strony eleganckie arterie z szykownymi sklepami, a zaraz obok zrujnowane uliczki z typasami spod zwykle ciemnej, a tu naćpanej gwiazdy. Niezbyt nam się podobało.
MIAŁ BYĆ BELSLOW, A BYŁ BELFAST.
Z przyjemnością wróciliśmy nad rzekę i do parku, na nasze upatrzone miejsce noclegowe. Poszliśmy jeszcze do pubu na piwo, ale pub był jeszcze ciemniejszy niż te uliczki w centrum.
Po kolacji, kiedy już myśleliśmy o spaniu, w okno zastukała ochroniarka – nie możecie tu zostać na noc, zamykam szlaban. Nam zamknięty szlaban nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, ale się zaparła i pokazała miejsce, gdzie mogliśmy spokojnie się zatrzymać na noc. Było to daleko, ale cóż było robić.
Rano, po spokojnej nocy, okazało się, że się pomyliliśmy, bo parking był obok, nie przeszkodziło to jednak w niczym, co więcej, najedliśmy się jeżyn, które były wszędzie wokół nas i które zastąpiły do końca naszej podróży wszechobecne dotąd maliny.
Przenieśliśmy się na parking właściwy i poszliśmy wzdłuż morza na bardzo długi spacer, aby podziwiać nadmorskie miejscowości.
KAŻDY MA SWOJE HOLYWOOD. MIŁOŚĆ DO WOŁU?
Po lunchu samochód z Dudą zostawiliśmy na parkingu Muzeum Titanica. Cała wizyta była zachwycająca. Nowoczesny budynek muzeum był atrakcyjny architektonicznie, wewnątrz można było zobaczyć wielkie zdjęcia z budowy, wnętrza kabin, oraz słynnych schodów w obrazach 3D.
ELEGANCJA
Była oczywiście historia tragedii z transkrypcjami rozmów z innymi statkami itd. Był też przejazd kolejką krzesełkową przez „stocznię” z jej hałasami, aby poczuć się wewnątrz kolosa w budowie.
KOTŁY
Z okna można było zobaczyć obrys miejsca, w którym stał Titanic w czasie budowy. Wizyta ta była ze wszech miar interesująca i pouczająca. Na koniec, już poza muzeum, mając bilet, można było wejść na stojący w suchym doku stateczek „Nomadic”, dar Francji, który przywitał Titanica w Cherbourgu i który widnieje z nim na zdjęciu.
TU STAŁ TITANIC. REKLAMA WIECZNIE ŻYWA?
Było wesoło i tragicznie, jak przystało na takie wizyty. Na pamiątkę w sklepiku muzealnym, Moana kupiła swojemu amerykańskiemu bratu model Titanica, a Beata świetną kurtkę w o dziwo, zupełnie przystępnej cenie.
NOMATIC W SUCHYM DOKU I NA ZDJĘCIU Z TITANIKIEM
Po nocy na północ od Belfastu w pobliżu miasteczka Ballygally, rano Moana obudziła się chora. Pojechaliśmy jednak dalej wzdłuż północnego wybrzeża, próbując zobaczyć, co się da.
Piękny był spacer w górę do Galboly Hidden Village. Zapomniane miasteczko i jego stare domy w ruinie, widoki na zielone klify nad morzem były na wyraz piękne. Moana w tym czasie dogorywała w łóżku.
OPUSZCZONE MIASTECZKO
Na lunch zatrzymaliśmy się koło zamku Glenarm, okazało się, że zwiedzanie jest absurdalnie drogie, za to publiczny parking obok był nowy, z toaletami, wodą i możliwością wylania ścieków. Po lunchu, przy wietrznej pogodzie pojechaliśmy do Fair Head, wiedząc, że Moana znów zostanie w samochodzie. Fair Head to najwyższy klif, do którego prowadziła wąziutka droga zakończona parkingiem na błotnistym podwórku fermy. Tam napis głosił: Teren Prywatny. Parking płatny £5. Zakaz wstępu z psami.
No i zawróciliśmy, z nadzieją, że nie trafi się samochód z naprzeciwka.
Pojechaliśmy dalej i na noc stanęliśmy na parkingu punktu widokowego Portaneevy Carpark. Nie było nikogo, tylko zimny wiatr urywający głowy.
W ODDALI FAIR HEAD. NA DOLE MOST SZNUROWY – PUŁAPKA NA GŁUPKA
Zostawiając Moanę poszliśmy w stronę Carrick-a-rede rope bridge, sznurowego mostu widocznego daleko w dole. Mimo tras widocznych na mapach, szybko zakałapućkaliśmy się w zasiekach terenów prywatnych i wróciliśmy, aby wieczór spędzić z naszą chorą córeczką. I spędziliśmy, na koniec Beata pokazała córce swój ulubiony film z jej młodocianych czasów: „Alabama”. Kiedyś zabrałem Beatę do Alabamy, nie podobał jej się ten stan USA, tak jak mi film. Cóż.
Wiatr ruszał autem całą noc, ale w środku było cicho i ciepło. Wbrew pozorom ten wiatr nam sprzyjał. Nie poszlibyśmy do tego mostu, bo opłata była idiotycznie wysoka, i to za nic - wiszący most każdy widział, a jego długość nie powalała: 20 metrów. A tu masz, z powodu wiatru most został zamknięty, więc parking i wejście na trasę było darmowe, a trasa nawet bez mostu w tle był ładna. No to poszliśmy.
MIŁY SPACER Z CHORĄ MOANĄ
PASKI
Moana, która poszła z nami na mostowy spacer, uznała w nowym miejscu, że to było za dużo jak na jej chorobowy stan i została w aucie w miasteczku Portballintrae, a my, zaraz po lunchu ruszyliśmy na sporą wędrówkę do jakichś tworów natury zapisanych na liście UNESCO.
Była to daleka wyprawa wzdłuż morza, warta jednak wysiłku. Grobla Olbrzyma (Giant’s Causeway) to skalne jak bruk kostki albo, w innym miejscu, słupy z tych kostek. Podobne do tych znanych nam z innych miejsc na świecie, ale te miały swoją specyfikę przez położenie, a ich wyrazistość i symetria zdumiewały, tak przypominały prefabrykaty.
PREFABRYKATY
Obeszliśmy wszystko, wdrapaliśmy się nawet na wysokie klify, aby wrócić po czterech godzinach wzdłuż kolejki wąskotorowej dla leniwych, a na koniec długą plażą ku wielkiej radości Dudy.
SPACEREK 4h
Ponieważ spacer się wydłużył zamknięto nam ładne zamkowe ruiny Dunluce, które chcieliśmy zwiedzić, ale ruiny to ruiny, więc wystarczył nam wgląd na ich ciekawe położenie na skale wychodzącej w morze.
RUINA!
Na noc pojechaliśmy mocno w górę na punk widokowy, wiatr urywał głowy, więc usadowiliśmy auto za chroniącym nas pagórkiem z rzeźbą na szczycie i resztę wieczoru spędziliśmy zamknięci.
Rano pogoda była lepsza, poszliśmy na punkty widokowe, aby podziwiać z góry wybrzeże, a Moana zapoznała się nawet z krowami, które na jej widok, wszystkie do niej podeszły.
PUNKT WIDOKOWY NA KROWY
Dość szybko znaleźliśmy się w Londonderry, mieście masakry w krwawą niedzielę 30 stycznia 1972 roku, kiedy to żołnierze angielscy zastrzelili 14 demonstrantów, którzy wyrażali swoją niechęć do okupanta. Dużo jest w tym mieście symboli i śladów tej historii. Jednak Derry, bo tak nazywają miasto miejscowi (wyrzucili z nazwy London), podobało nam się bardziej niż Belfast. Posiada mury obronne, którymi można okrążyć starówkę, piękny ratusz, nowoczesny most i w ogóle atmosfera była jakby milsza. Słynie też z murali.
LONDON
W ratuszu gdzie było darmowe muzeum, Moana przebierała się w średniowieczne ciuchy, zobaczyliśmy salę malutkiego parlamentu i artykuł w starej gazecie, który przykuł naszą uwagę swoją co najmniej dwuznaczną treścią.
KRÓTKI PARLAMENT
TŁUMACZENIE: Poszukiwana, sprytna, szanująca się dziewczyna, około 15 lat, do sprzątania i umiejąca być ogólnie przydatna...
W DERRY MIŁO
Po świetnym i tanim lunchu w pubie obeszliśmy całą starówkę, zeszliśmy pod pomnik tamtych wydarzeń, aby stanąć na chwilę zadumy: każdy swoich ruskich ma.
WSPOMNIENIA
Potem, wracając już w stronę samochodu, podziwialiśmy murale i wielki stos z palet zrobiony, aby zapłonąć w proteście przeciw ludobójstwu w Gazie.
CIĄGLE WALCZYMY, O WOLNOŚĆ NASZĄ I WASZĄ
Pod wieczór przejechaliśmy do Irlandii, granicy nie było. Noc w lesie była spokojna i miła, choć mokra, jak zwykle, chciałoby się rzec.
Rano cudem nie padało, więc korzystając z tego, poszedłem z Dudą sam na długi spacer po lesie, sam, bo kobiety, jak każdy wie, potrzebują rano dużo czasu, aby wyglądać jak ludzie.
Na pierwszy irlandzki ogień poszedł zamek Donegal. Mimo podziału na grupy zeszło nam dość szybko, wielkość zamku na to pozwoliła. Był raczej typową dla Irlandii obronną wieżą, tyle że rozbudowaną. W przeciwieństwie do wieży rozbudowana część była tylko ścianami bez dachu, a wieża, choć miała tylko trzy pomieszczenia na trzech poziomach, bardzo nam się podobała.
DONEGAL. ZAMEK CZY WIEŻA?
Z powodu małości zamku, zdążyliśmy dojechać na lunch do Slieve League, gdzie był początek wycieczek po klifach i znajdujących się za nimi górach. Po posiłku ruszyliśmy dość szybko, wiedząc, że ruszamy w nieznanej długości trasę. Robiło się coraz piękniej, klify były imponujące, a idąc ciągle w górę, zaczęliśmy na nie z wolna wchodzić. Pojawił się nawet pomysł wejścia na najwyższy szczyt, ale na sam widok ogarnął mnie strach.
NA KLIFACH PIĘKNIE
Poszliśmy więc trawersem i … zgubiliśmy szlak. Szliśmy w błocie, na zbyt dużym spadku i lekko przestraszeni. Doszliśmy w końcu do widocznej daleko drogi i mogliśmy już spokojnie schodzić w stronę miasteczka i naszego auta. Mieliśmy w nogach ponad 12km, co jak wiemy, w ostrych górach jest już odległością.
O! TAM BYLIŚMY
Na noc pojechaliśmy nad podkowiastą plażę też otoczoną klifami, na którą schodziło się schodami. Widok na nią zapierał dech, mogliśmy więc tylko marzyć, że może jutro rano będzie słońce.
No i było! Rano z radością zbiegliśmy na dół i wskoczyliśmy do wody. Duda szczekała na brzegu, no bo, wiadomo, Ridgeback nie lubi wody w ogóle, a słonej w szczególności. Potem budowaliśmy zamek i takie tam, jak to na plaży.
PLAŻA MARZENIE (dedykowana Marzenie)
Plażowanie w postaci leżenia nie jest jednak naszą specjalnością. Dość szybko wygramoliliśmy się z plażowego kotła i ruszyliśmy w drogę. Wiadomo, mamy ogień w d.
Po drodze stanęliśmy na stacji wielofunkcyjnej, spuściliśmy, co trzeba, a w trakcie lunchu, zrobiliśmy pranie i suszenie.
Moana namówiła nas na przejazd wyspą Boa, tak więc znów znaleźliśmy się w Irlandii Północnej. Zabawne to, bo nie ma żadnych granic i teoretycznie opuszczając Irlandię, wkraczaliśmy do Zjednoczonego Królestwa, czyli poza unię Europejską. Dziwne to i lekko durnowate po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii.
Na wyspie Boa obejrzeliśmy mały stary cmentarz z kamiennymi figurami i domniemaną rzeźbą Janusa. Zaraz potem dojechaliśmy nad jezioro Lough Derg, gdzie na wyspie znajduje się sanktuarium Świętego Patryka. Jeśli chodzi o sanktuarium, to nas najbardziej interesowały śmietniki. Otóż w Irlandii nigdzie nie ma koszy na śmieci. Nigdzie! Wszystkie są prywatne przy domach, a publicznych brak. I nie jest zrozumiałe, jak to jest możliwe, że bez tych koszy Irlandia jest najczystszym krajem, jaki poznaliśmy w Europie. Dodam, że bardzo rzadko kosz się jednak trafiał, ale dziurka do niego zawsze była malutka i okrągła, tylko na puszkę.
KTÓRY TO JANUS?
Opuszczając angielską część Irlandii, zrobiliśmy generalne zakupy i wzięliśmy paliwo, okazało się bowiem, że w angielskiej części jest taniej, więc większością kupujących byli przygraniczni Irlandczycy.
Na noc z trudem znaleźliśmy widoczną na mapie drogę nad jezioro. Poszedłem z Dudą około 2 km i zadzwoniłem do Beaty, aby potwierdzić, że można nią jechać. Noc była miła wśród kempingujących tam ludzi, z którymi też trochę pogaworzyliśmy.
Przed południem, po długiej rozmowie z Litwinką z Dublina, która odpoczywała nad jeziorem z synami ruszyliśmy w kierunku Parku Narodowego Connemara. W samochodzie słuchaliśmy piosenki Michela Sardou, śpiewającego o tym miejscu, jeziorach i rodowych historiach Irlandii. Po drodze minęliśmy piękny budynek opactwa Kylemore i dość szybko ruszyliśmy w trasę pokierowani informacjami w parkowym centrum.
JAK SIĘ MA TEREN, TO SIĘ BUDUJE SZEROKIE OPACTWA. JAK SIĘ MA MALUTKI TERENIK, TO SIĘ BUDUJE WILLIJKĘ W PIONIE
Ten mały park posiada tylko trzy trasy, oczywiście wybraliśmy najdłuższą „Upper Diamond”, 7km i poszliśmy. Widoki piękniały z wysokością, dla Dudy też, bo pojawiły się owce i po urwaniu smyczy pognała za nimi w siną dal.
WIDOKI
Zrobiliśmy zdjęcia na szczycie i wszystko byłoby idealnie, gdyby pod wieczór w drodze powrotnej nie pojawiły się muszki meszki. Wróciliśmy do auta po 20h00, i ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Znaleźliśmy piękne, ale było tyle meszek, że nie sposób było wyściubić nosa z samochodu.
SZCZYTUJEMY
Rano było jeszcze gorzej, więc nie otwieraliśmy nawet drzwi, przeskakując do szoferki nad siedzeniami!
Jadąc w stronę Galway, na lunch zatrzymaliśmy się w świetnym miejscu piknikowym i, jak ludzie, zjedliśmy przy stole i to bez meszek.
Galway słynie z dwóch rzeczy, wielkiej nieprzychylności dla kamperów i ze świetnych ostryg. Zaiste, miejsce do zaparkowania znaleźliśmy z kłopotem, na osiedlu, ale zaraz wyszła jakaś wstrętna baba, a raczej babsztyl, i nas przepędziła, mówiąc, że przed jej domem nie wolno parkować, co było oczywiście nieprawdą. Nie chcieliśmy się kopać z koniem, co to może ma gwóźdź do przebijania opon i zaparkowaliśmy gdzie indziej.
Za to ostrygi! Po zaparkowaniu ruszyliśmy od razu do portu na ostrygowe zakupy, gdzie i Moana znalazła swoje szczęście w sushi barze, gdzie dostała za £25 wielki box. Mając już klepniętą kolację, przeszliśmy ładne stare miasto, zasiadając przy „Galway girl”, rzeźbie dziewczyny siedzącej na ławce, a także obok w pubie na napitkach.
W DOMU PO LEWEJ BURMISTRZ POWIESIŁ W OKNIE SYNA. MUSIAŁ CHYBA TROCHĘ NAROZRABIAĆ TEN SYN.
W drodze w kierunku Limerick znaleźliśmy na ostrygowo-sushinowy wieczór i późniejszą noc miejsce cud. Stanęliśmy na twardej plaży tuż przy wodzie jeziora. Zachodziło słońce i o dziwo nie było niczego, co by zaburzało śpiew ptaków, żadnych meszek czy komarów. Rozkoszna kolacja z widokiem na czaplę taplającą się obok, wschód księżyca oprószający wszystko srebrnym pyłem. I ta cisza później!
DLA PODNIEBIENIA
A PÓŹNIEJ DLA OKA
Rano wykapaliśmy się w jeziorze wszyscy, wliczając w to niechętną temu Dudę. A potem zrobiło się śmiesznie, przyjechał jakiś gość rozpadającym się samochodem bez błotnika, wjechał do jeziora i zaczął nabierać wody do beczki, którą miał na przyczepce. Miło pomachał i pojechał.
WARTO ZROBIĆ ZBLIŻENIE SAMOCHODU W WODZIE
Jadąc rano do Burren National Park, aż przystanęliśmy na widok małego domku pokrytego trzciną. Miał niespotykane dekoracyjne wykończenie kalenicy. Istne cudo!
WARTO ZROBIĆ ZBLIŻENIE NA KALENICĘ
Park Burren to zadziwiające miejsce. W środku wielce zielonej Irlandii nagle wypiętrzają się niewielkie skaliste i pustynne górki o formach potwierdzających swój wulkaniczny rodowód. Oczywiście nie moglibyśmy ominąć takiego dziwu natury. W oczekiwaniu na dobre miejsce postojowe zjedliśmy lunch, po którym ruszyliśmy na trasę pętlę. Zrobiliśmy tylko 9km i 300m przewyższenia, ale w pięknym słońcu, które dodawało urody miejscu.
BURREN NP
Jak się słyszy słowo skansen, to od razu człowiekowi ciarki przechodzą, widzi bowiem przed sobą chaty kurpiowskie i baby w kolorowych spódnicach. Okazuje się jednak, że wszystko jest kwestią tacy, na której danie zostanie podane.
Bunratty Castle i Folk Park odrzuciło nas z samej nazwy, zwłaszcza ten Folk Park, ale po przeczytaniu opinii pojechaliśmy jednak zobaczyć to niby cacko. No i nie żałowaliśmy całego dnia spędzonego w tym przybytku, z lunchem w miejscowej knajpce.
Na początek zwiedziliśmy zamek. Zamek to może duże słowo, była to bardzo rozbudowana poczwórna wieża, świetnie odrestaurowana i pełna oryginalnych elementów z epoki. Zwiedzanie na grupy (Duda) było świetne i wielce interesujące. Pomieszczenia pełne były mebli i przedmiotów, miało się wrażenie, że się wraca do tamtych czasów. Rewelacja!
ZAMEK BUNRATTY, A RACZEJ 4 WIEŻE W KUPIE
WNĘTRZA ZACHWYCAJĄCE EPOKĄ
BARDZO SIĘ PODOBAŁY
Potem był skansen. Zbiór prostych chat, zrobionych tematycznie, chata kowala, rybaka, czy wikliniarza na ten przykład. W chacie wikliniarza nie dość, że była wystawa wspaniałych wyrobów, to wikliniarka uczyła, jak je się robi, więc Moana pod jej okiem uwiła sobie mały koszyczek, który do dziś wisi w aucie.
WITKI MOANY I KUŹNIA
Potem był lunch w typowej tawernie z potrawami à la stare dania i na dodatek niezbyt drogi. Druga część była fragmentem starej ulicy ze sklepikami, apteką i szkołą. Nieźle to było zrobione, zwłaszcza że u lekarza lepiej się było nie leczyć, za to od policjanta można było dostać pałą.
ZNÓW DO SZKOŁY? MAM ROZDWOJENIE JAŹNI
PO MIŁYM WPISIE NIE NAPISZĘ: MOTYLEM BYŁEM, ALE …
Zachwyceni wizytą, do Limerick wyruszyliśmy dopiero po 16h00.
Razu pewnego z Bubu rodzina,
Gnała Irlandią zupełnie bez wina,
Znaleźli jednak lokal luksusowy
Kupili więc towar stuprocentowy
Rano łeb boli i czyja to wina?
Dla tych, co nie wiedzą - to jest właśnie limeryk AABBA.
Nam Limerick się podobał, zwłaszcza lokal luksusowy, przy którym stanęliśmy i popijając to i owo słuchaliśmy koncertu, który właśnie na zamkniętej dla ruchu ulicy nastał. To się nazywa mieć szczęście. Do auta wróciliśmy późno, zerkając po drodze na nic niewart zamek Jana bez ziemi, nic nie wart, podobnie jak on sam. Ten Jan znaczy.
W LIMERICK JAN BEZ ZIEMI, ALE Z ZAMKIEM I KONCERT
Na noc stanęliśmy koło cmentarza Mungret w odległej od centrum dzielnicy Limerick. Poszedłem z Dudą zobaczyć cmentarz i jakieś tam ruiny. Dopiero po powrocie zobaczyłem tablicę informującą, była po też polsku, i okazało się, że jesteśmy w jednym z najważniejszych historycznie miejsc Irlandii. Były to ruiny opactwa z początku VI wieku, założonego przez św. Nessana, które przez ponad 700 lat emanowało władzą i kulturą.
Miejsce musiało mieć swoją moc.
MUNGRET I HISTORIA
Wieczorem, kiedy już szliśmy spać, nagle ktoś zastukał do bocznych drzwi samochodu. W świetle latarni ukazał się młodzieniec, który przepraszając, zapytał, czy nie możemy mu pożyczyć telefonu, bo mu się tablet rozładował. Niechętnie zaproponowałem, że może pójdzie po tablet i mu go naładujemy, mamy 12V, 110V i 230V.
Poszedł, a ja podejrzliwy, wyszedłem mu naprzeciw z Dudą, która o dziwo, wcześniej siedziała cicho pod stołem. Na końcu parkingu przed cmentarzem stał jedyny samochód, od którego szedł młodzieniec. Na widok Dudy zamarł. Gryzie? Jak kiedy, odpowiedziałem zły na sytuację.
Podszedł do mnie, nazywam się Patryk, powiedział i podał mi tablet. Dobra, wróć za 15 minut, podłączę go do ładowania. Tablet miał stłuczony ekran, ale po podłączeniu go do prądu pokazała się bateria, ale po chwili napis: „Nie ładuje”. Wyszedłem i zawołałem Patryka. Przyszedł, a ja potwierdziłem, że jego tablet nie działa i się nie ładuje. Zapytał, czy mamy Facebooka, bo on miał wypadek, że właśnie wyszedł ze szpitala i chce skontaktować swoją dziewczynę, z którą wprawdzie zerwał, ale musi dać jej znać. Wszystko było tak pokręcone, że już miałem go wygnać, ale stojąca obok Moana zaproponowała mu swój telefon, weszła na Facebooka, aby się zalogował i mu go podała. Patryk usiadł na murku, coś tam pisał, ale po chwili powiedział, że chyba się nie udało, oddał telefon, przeprosił i poszedł. Już mieliśmy zamknąć przesuwne drzwi, kiedy Moana zauważyła, że na murku pozostał tablet i jakiś dokument dziewczyny. Pobiegła za nim i oddała rzeczy. Wziął je, przeprosił za roztarganie i poszedł w stronę auta.
Moana wróciła, zamknęliśmy się w środku, a Moana wzięła swój telefon i zauważyła, że jest ciągle zalogowana jako Patryk. Nie tylko z ciekawości przeczytała rozmowę, Patryk pisał, że wyszedł ze szpitala, i korzysta z telefonu kamperowiczów, aby dać znać, że jest na cmentarzu koło ruin opactwa. Dziewczyna odpowiedziała: ok i zamilkła.
Moana już miała się wylogować, kiedy nagle przyszła wiadomość: dziewczyna napisała, że właśnie rozładował jej się telefon i przeprasza. Mieliśmy dość, uznaliśmy, że swoje zrobiliśmy i wszyscy mogą spadać, postanowiliśmy, że idziemy spać, byliśmy źli i trochę rozdygotani nietypową sytuacją. I tak zrobiliśmy.
Rano na parkingu, prócz naszego, stało tylko jedno auto, na samym końcu. Miało przebitą oponę i nie było w nim nikogo…
Już siedzieliśmy w szoferce gotowi do odjazdu, kiedy podjechał samochód. Wysiadła z niego młoda dziewczyna i podeszła do nas. Przepraszam, czy to z waszego telefonu kontaktował się ze mną Patryk? Tak, z mojego, powiedziała Moana.
Ale Patryk miał trzy dni temu wypadek i umarł w szpitalu…
Park Narodowy Killerney okazał się specyficzny. Przede wszystkim był średnio narodowy, bo większością jego obszaru były tereny prywatne. Kiedy już zaparkowaliśmy na parkingu, skąd wychodził szlak na najwyższy szczyt, napis głosił: „Wchodzicie na tereny prywatnych farm z uprzejmym pozwoleniem ich właścicieli. Zakaz wprowadzania psów, jesteście ostrzeżeni, że mogą zostać zastrzelone”. No rzeczywiście, Park Narodowy!, no i pięknie nosi swoją nazwę!
Zamiast więc do parku pojechaliśmy na pętlę przy jeziorze Lough Leane, ot tak z widokami, mniej więcej, za to z dużym podejściem. Zajęło nam to dwie i pół godziny. Takie chodzenie dla chodzenia, raczej dla psa.
DUDA! TO PARK NARODOWY, CHOWAJ SIĘ, BO CIĘ ZASTRZELĄ
Następnego dnia do Cork dojechaliśmy w sam raz na lunch. Wybraliśmy stary port i znane miejsce, czyli „Marina Market”. Było ono mocno młodzieżowe, duża stara hala portowa, w niej dziesiątki budek z żarciem usytuowanych przy ścianach, a na środku wspólne stoły, stoliczki, stare kanapy, fotele, taborety i tym podobne, co kto znalazł. Atmosfera była śmieszna, ale jeśli chodzi o znalezienie w miarę przyzwoitego jedzenia, było trudno. Padło w końcu na burrito dla Moany, tuna tatar dla Beaty i seafood chowder dla mnie. Jedynie Moana była zadowolona.
CORK
Pozostawiając samochód pod tabliczką: „No parking any time” ruszyliśmy piechotą do miasta, zobaczyć Cork i umrzeć, tyle się o nim słyszało. Przeszliśmy całe miasto i było ładnie, nic nas jednak na kolana nie powaliło. Była i potencjalna przyszła szkoła Moany, katedra w renowacji, wszędzie roboty i żadnego jakiegoś charakterystycznego miejsca. Byliśmy Corkiem zawiedzeni, jak niekiedy winem, które przeszło korkiem.
Za to wieczorem nie, na noc stanęliśmy wysoko nad zatoką Dungarvan z pięknym widokiem.
NOCLEG Z WIDOKIEM
Późno rano ruszyliśmy w stronę Wicklow National Park, jedząc po drodze lunch. Stanęliśmy na parkingu przy szlaku, który okazał się również dobrym na noc, więc po przesunięciu się i ustawieniu na nocną bardziej intymną pozycję (drzwi przesuwne z widokiem na góry, a nie auta) i ruszyliśmy w góry. Szlak prowadził przez stare kopalnie, aż do szczytu o chyba najdłuższej na świecie nazwie: „Camaderry South East Top 677 metres”. Park powstał zapewne z powodu możliwości przejęcia przez państwo nieużywanych terenów kopalnianych, bo w dolinach Glendalough i Glendasan wydobywano od końca XVIII wieku do połowy XX ołów, cynk i srebro. Tak więc prócz walorów czysto górskich, były też historyczne w postaci wejść do szybów, ruin górniczych osiedli i domostw, bo w szczycie pracowało w tych okolicach 2 tysiące górników.
Wejście na szczyt nie było strasznym wysiłkiem, raptem 500 metrów w górę, ale widoki, które się otwierały z każdym krokiem, zapierały dech, a stado kozic dodało jeszcze waloru naturze. Będąc na szczycie, zobaczyliśmy zejście, rodzaj skośnego szerokiego zielonego płaskowyżu niebywałej urody. Droga nim była samą radością, a na końcu atrakcyjności dodały wielkie paprocie, przez które musieliśmy przejść, aby wrócić pod górę do samochodu.
NA ŁONIE NATURY
Pełni wrażeń, spędziliśmy miły wieczór grając w Monopoly, oraz spokojną noc, aby dnia następnego ruszyć do stolicy, Dublina.
Zwiedzanie Dublina było naszą ostatnią wspólną częścią podróży.
Pisałem już o tym, ale powtórzę. Z Dublina Moana ku swojemu szczęściu leciała do Hiszpanii. Otóż od dawna nasza córa chciała pojechać na kolonie tematyczne według serii książek „Percy Jackson”, czyli wokół mitologii greckiej, którą się bardzo interesuje. Najpierw była za młoda, a kiedy już mogła, poleciała na rok do Stanów. W drodze Moana sprawdziła terminy, a po kontakcie z organizatorem wpłaciliśmy zaliczkę i kupiliśmy bilety. To ostatnie było nie lada wyczynem, trzeba było znaleźć bilet z Irlandii do hiszpańskiej niezbyt popularnej Asturii, na dodatek tak, aby mógł ją zabrać z lotniska kolonijny bus, który odjeżdżał o 14h00. Gimnastyka się udała, kupiliśmy bilety z Dublina do Madrytu i z Madrytu do Oviedo, oraz na tydzień później, z Oviedo do Madrytu i dalej na Teneryfę. Następnego dnia odebraliśmy maila, mówiącego, że w ciągu dwóch dni oddadzą nam zaliczkę z powodu braku miejsc na koloniach. Zgłupieliśmy. Okazało się, że z jednej strony Moana czegoś nie doczytała, a z drugiej, informacja od organizatora była niezbyt fortunnie sformułowana. Po rozmowie potwierdzili, że rezerwowa lista oczekujących jest długa i szanse Moany marne. Byliśmy bardzo źli, zwłaszcza że nasze argumenty o kupionych biletach i tym ich niefortunnym tekście nie odniosły skutku. To było w czerwcu. W połowie lipca przyszedł mail z informacją, że miejsce dla Moany jednak się znalazło. Uff!
W Dublinie znów pomogła nam aplikacja „Park for night”, stanęliśmy niezbyt daleko centrum, w dzielnicy mieszkaniowej, blisko parku i w której nie obowiązywały opłaty parkingowe. Zjedliśmy lunch, kupiliśmy bilety do fabryki Guinnessa i ruszyliśmy parkiem w miasto. Na pierwszy ogień poszła ewentualna szkoła Moany: American College of Dublin w sekcji Musical Theatre. Tak się miło złożyło, że w parterze budynku szkoły było małe muzeum, mieszkanie Oscara Wilde’a, który kiedyś w tym budynku mieszkał. Na wyznaczoną godzinę doszliśmy do piwnego browaru, Beata z pieskiem poszła dalej zwiedzać miasto, a my z Moaną na degustację i poznanie historii tego światowo znanego i dziwnego piwa.
TO, CO WIDAĆ TO WODOSPAD, A NAPIS JEST Z WIĘKSZYCH KROPEL SPADAJĄCYCH WŚRÓD MNIEJSZYCH
Dziś, z perspektywy czasu, nie wiem, czy mi się to zwiedzanie podobało. Interesującym było poznać historię powstania browaru, historię reklam i zmian w czasie symboli reprezentujących piwo. Degustacja też była zabawna, ale chyba nie przepadam za takimi zrobionymi mocno pod turystów atrakcjami. Miło jednak było, chociażby z powodu wspólnego zwiedzania z Moaną.
HISTORYCZNE SYMBOLE GUINNESSA
Beatki piwo nie interesowało, więc po spotkaniu poszliśmy, mijając różne atrakcje, na wino do „Temple bar” miejsca bardzo na fali. Pub był z muzyką na żywo, co zachwyciło Moanę.
TEMPLE BAR I TRANSPONDER
Do auta wróciliśmy nabrzeżem, specjalnie przechodząc przez most w kształcie harfy, która jest też symbolem piwa Guinness.
Wieczorem, już po kolacji, Moana coraz bardziej patrzyła entuzjastycznie na szkołę i Dublin, który nam się wszystkim bardzo podobał.
AMERICAN COLLEGE W DUBLINIE, PRZYSZŁOŚĆ MOANY?
W przeddzień wyjazdu Moany głównym celem była Galeria Narodowa. Na początek poszedłem ja z Beatą, a Moana z Dudą udały się do sporego parku obok. Galeria z darmowym wejściem bardzo nam się podobała, było kilkanaście znanych obrazów (Rembrandt, Rubens, Caravaggio, El Greco, Goya, Michał Anioł, Monet, Zurbaran), a i twórczość miejscowa była niczego sobie. Ogólnie oceniliśmy ją na bardziej niż interesującą, polecamy więc gorąco.
MUZEUM NARODOWE,
DARMOWE I FAJOWE
Po wyjściu spotkaliśmy się z Moaną w parku, w którym w międzyczasie zainstalowały się różne standy z jedzeniem oraz ludzie w kolejkach do nich. Była piękna pogoda, ludzie zajadali na trawnikach w iście piknikowej atmosferze i różnych pozach. Ja w Jarek’s Kitchen kupiłem za 13€ Fish&Chips, Moana zjadła dumplings (7€), czyli pierożki, a Beata Sushi (10€). Jak widać, ceny były więcej niż przystępne, a jedzenie niczego sobie.
COŚ DLA DUCHA I CIAŁA
Ponieważ Moana zrezygnowała z muzeum, poszliśmy w nieznane nam jeszcze dzielnice miasta, pod zadziwiający szpic, oraz pod transporter. To ekran, niby lustro, których jest kilka w różnych miastach i można było, na ten przykład pomachać ludziom idącym ulicą w Wilnie i ze wzajemnością. Spacer skończył się w pubie o nieskończonej ilości rodzajów lanego piwa.
PIWO SIĘ LEJE I SZPIC
Wieczorem, jadąc na parking blisko lotniska, gdzie zamierzaliśmy spędzić krótką noc (pobudka o 4h30 ze względu na wczesny lot Moany), zahaczyliśmy o terminal odlotów i udało się zrobić wcześniejszy check-in i nadać bagaż.
NO TO CHLUP W TEN GŁUPI DZIÓB
Rano Moana poleciała, a my już o 6h00 zainstalowaliśmy się na półwyspie Howth, aby zrobić tam spacer. Najpierw jednak zalegliśmy w łóżku, aby dospać zarwaną noc.
Miło jest mieszkać w wielkim mieście (Dublin jest +/- wielkości Warszawy) i mieć możliwość robić takie bliskie wyskoki jak Howth Walk. Trasa wiodła przez niewielkie, za to wielkiej urody klify, latarnię morską, mały porcik i niewielkie osiedla w drodze powrotnej. Bardzo nam się podobało, choć nie doszliśmy do latarni - policja zagrodziła drogę, nie podając przyczyny. Zasiedliśmy więc na piwie, postanawiając zostać na półwyspie na kolejną noc.
Ciekawostką spaceru był wielki napis „Eire” zrobiony z białych kamieni, dziś to zabytek wspominający II wojnę światową, podczas której Irlandia była neutralna i w ten sposób informowała, aby uniknąć przypadkowego bombardowania.
6 EIRE
Po lunchu i upewnieniu się, że Moana dotarła do Oviedo i wsiadła do kolonijnego autobusu, wyruszyliśmy ponownie w trasę, aby tym razem dotrzeć do latarni i jeszcze dalej, co sprawiło, że do auta dotarliśmy po 20h00, mając kilometry w nogach. Już po kolacji, dostaliśmy ostatnią informację od Moany, że jest na miejscu i wyłącza telefon na tydzień, w końcu w starożytnej Grecji telefonów nie mieli.
Nam pozostał tydzień do promu do Francji, byliśmy więc wolni w wyborach i zupełnie nie musieliśmy się śpieszyć, mając świadomość, że najważniejsze w Irlandii już widzieliśmy.
Dzień wcześniej, ze spaceru klifami dojrzeliśmy po drugiej stronie zatoki szpiczaste wzniesienie. Będzie nasze, powiedziała Beata i od rana z tym postanowieniem ruszyliśmy w jego stronę.
SZPIC PO LEWEJ BĘDZIE NASZ!
Była sobota 23 sierpnia, więc przejazd przez centrum Dublina był bezproblemowy, mogliśmy z auta podziwiać znane nam już miejsca.
Przy górkach pogoda jednak nas nie rozpieszczała, chmury były nisko i niewiele było widać. Postanowiliśmy najpierw zjeść lunch na parkingu przy „naszej” górce. Okazało się jednak, że walczący z kamperowcami ludzie zrobili nad wjazdem na parking niziutki i wąski betonowy portyk, który uniemożliwił nam wjazd. Kilometr dalej pojawił się następny parking, pusty, co nie było dziwne – wielki napis głosił „No parking”. Wjechałem jednak, widząc na nim, chyba właściciela, sprzedawcę truskawek. W kilku słowach wyłuszczyłem, w czym rzecz i bez problemu sprzedawca pozwolił nam zjeść lunch w aucie i potem pozostawić samochód na czas wycieczki.
GREAT SUGAR LOAF
Kiedy wychodziliśmy, trochę się przejaśniło, cofnęliśmy się kilometr drogą z parkingu i ruszyliśmy w górę. Warto było wdrapać się na tę skałę. Widoczność była na tyle dobra, że mogliśmy przez lornetkę rozpoznawać miejsca w Dublinie, w oddali nasze wczorajsze klify i Wicklow Mountains, które znów były naszym celem. O ilości jeżyn w drodze powrotnej, którą zrobiliśmy na okrętkę, nie wspomnę, ich ilość nie mieściła się w głowie, a w buzi jednak tak.
MNIAM WSZĘDZIE
Miejsce na nocleg wybraliśmy na parkingu przy punkcie widokowym na jezioro Lough Tay zwane też Guinness. Mimo mżawki i zapadającego zmroku poszliśmy jeszcze na nie zerknąć. Choć jezioro było daleko w dole, całość z górami wokół tworzyła fantastyczny widok warty tego Parku Narodowego, ale potem to nie z powodu mżawki wróciliśmy szybko do naszego vana, a kotlecików jagnięcych. Mniam! Choć, swoją drogą, biedne te baranki boże.
LOUGH TAY
Nocleg na parkingu zapewnił nam miejsce rano, parking zapełnił się tuż po świcie. My, bez nerwów, po porannej kawie mogliśmy spokojnie wyruszyć na najbardziej emblematyczny szlak parku na Djouce Montain.
Park Narodowy Wicklow oszałamia przestrzenią, nie są to skaliste góry, raczej okrągłe połacie, lekko podmokłe od ciągłego deszczu. Szlak wiódł częściowo po podkładach kolejowych, umożliwiających wędrówkę suchą stopą, a na szczyt wychodziło się bez większego wysiłku. Różnorodność szlaków pozwalała na zrobienie pętli, choć końcowy powrót do auta był tą samą drogą.
NIEBYWAŁE, ŻE PN WICKLOW JEST TAK BLISKO DUBLINA
Pogoda nie pozwoliła nam jednak na pozostanie dzień dłużej, więc tylko przejeżdżając cały park, mogliśmy napawać się jego pięknem, przestrzenią i kolorami.
DO STOLICY TYLKO 20km
Przed wieczorem przejechaliśmy jeszcze przez Gorey, gdzie na super parkingu udało się opróżnić i nabrać czystej wody, a w polskim sklepie zrobić zakupy. Na noc stanęliśmy nad morzem na północ od Courtown przy Kiltennell Beach z nadzieją na poranną kąpiel i spacer.
Słoneczny poranek tylko częściowo spełnił nasze oczekiwania, wiał zimny wiatr, więc tylko długi spacer musiał nas zadowolić. I zadowolił, trasa była urozmaicona, częściowo plażą, a częściowo lasem. Widać było, jak morze próbuje odebrać człowiekowi ląd i to robi w sposób permanentny. Człowiek, choć buduje falochrony i tak skazany jest na porażkę. Ileż tego można wybudować, skoro woda się z wolna w morzach podnosi.
WZDŁUŻ MORZA
Doszliśmy aż do Courtown, pustej już miejscowości letniskowej, gdzie oczywiście zasiedliśmy na piwie. Po późnym lunchu w aucie ruszyliśmy dalej.
W Kilkenny stanęliśmy na parkingu Aldi, skąd myśleliśmy zwiedzić miasto, ale nie dość, że parking był tylko na godzinę, to jeszcze lunęło. Wyjechaliśmy więc z miasta i zainstalowaliśmy się na piknikowym terenie nieopodal (Country Activities). Wieczór upłynął na telefonach, kolacji i grze w Scrabble.
Po późnym śniadaniu auto zostawiliśmy na darmowym osiedlowym parkingu 30 minut od centrum. Nie żałujemy takich decyzji, pozwala to zobaczyć inną stronę miasta, nie tylko centra i zabytki. W tym przypadku willowe osiedla Kilkenny okazały się nad wyraz atrakcyjne, domy były ładne, o często ciekawej architekturze, a przede wszystkim niebywale zadbane, podobnie jak ich ogrody.
CO TO BYŁ ZA STRZYGA?
Dość szybko rozstrzelona urbanistyka domów zaczęła się zawężać i dość szybko znaleźliśmy się na miejskich uliczkach, na szczęście w skali małomiasteczkowej, więc ludzkiej.
KILKENNY I LUDZKA SKALA
Miasteczko było ładne, ale główną jego atrakcją były historyczne budowle, których nie brakuje. Główną jest zamek. Jego właściciel zubożał i przekazał zamek miastu, które jakoś sobie poradziło i powoli doprowadza go do świetności, zwiedza się więc tylko jego część i ogrody. Zamek sam w sobie ma atrakcyjną architekturę, a i wnętrze urzeka, choć, jako że był niedawno zamieszkały, jest dość nowoczesne. Bardzo piękna była sala balowa z niebywałą więźbą dachową oraz salony. W czasie kiedy ja zwiedzałem zamek, Beata poszła z Dudą do stajen, gdzie jest też dom właściciela zamku, w którym zamieszkał po oddaniu głównej rezydencji. Ten atrakcyjny dom z ogrodem, też jest już chyba nie jego, w parterze była droga restauracja, a teren stajni to dzisiaj centrum sztuki, gdzie usadowiły się galerie. Całość jako obiekt turystyczny była bardzo atrakcyjna.
ŻE ZAMEK KAŻDY WIDZI
WNĘTRZA DOŚĆ WSPÓŁCZESNE
Miasteczko było nieduże, szybko więc doszliśmy do katedry NMP, jednak to nie ona nas zainteresowała, ale położony nieopodal kościół „The Black Abbay”, dominikański kościół i klasztor z 1225 roku, tak nazwany ze względu na kolor sutann mnichów. Został prawie całkowicie zburzony za czasów Cromwella, później jednak odbudowany. Podobał nam się ze względu na wielki witraż i atmosferę historii. Data powstania była imponująca.
ZDECYDOWANIE ŁADNIE
Dotarliśmy też do drugiej katedry, St Canice’s Cathedral z dziwaczną wieżą z IX wieku obok. To było na tyle miasteczka Kilkenny, ponieważ na widelcu mieliśmy jeszcze zamek w Cashel. Już po 16h00 zaparkowaliśmy na parkingu zaraz przy górującym nad miastem wzgórzu z ruinami.
Beatka pognała w górę i za 4€ weszła na teren zwiedzać. Wszystko było interesujące, ruiny katedry, kaplica z XII wieku, zabudowania, podobna wieża jak przy katedrze w Kilkenny. Jednak to położenie z widokiem i historia obiektu nas najbardziej zachwyciły.
CASHEL CZY KASZEL?
Kiedy tuż przy wejściu wymienialiśmy się opieką nad Dudą i chciałem kupić bilet, wpuszczający muzealnik tylko kiwnął ręką: nie trzeba, jeden wystarczy, jest już późno. Miło.
Miło też było godzinę później w zamku (jakaś mania u nas z tymi zamkami) w Cahir. Tam nie dość, że wpuszczono nas tuż przed zamknięciem i to na jeden bilet emerycki, to jeszcze zwiedziliśmy go z przewodniczką, wychodząc już po zamknięciu po 18h00. Dziwy jakieś.
CAHIR CZY KAIR?
Zamek był w centrum mało interesującego miasteczka, więc po kilku krokach pojechaliśmy dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Kierunek był jedyny, dziś cywilizacja, jutro natura, więc pojechaliśmy do Comeragh Mountains gdzie stanęliśmy na wietrznym parkingu w górach, za to samotnie i z cudnym widokiem.
Rano, po słabej wietrznej i deszczowej nocy, zwlekliśmy się z łóżka dopiero po 9h00. Przyśpieszenia dostaliśmy natychmiast po zobaczeniu bezchmurnego, słonecznego nieba. Dość szybko zaparkowaliśmy się w pobliżu parkingu i wejścia na szlak do jeziora Coumshingaun w Kilclooney Forest. W pobliżu parkingu, ponieważ wjazd na parking blokował portyk o wys. 1,90 metra. Cóż, nie życzą sobie kamperów, co jest idiotyczne, bo w dzisiejszych czasach większość podróżujących to kamperowcy, a nie chcąc, aby ludzie nocowali, wystarczy tabliczka. Co więcej, syf przy wszystkich parkingach to rzadko kamperowcy, oni mają toalety i śmietniki w środku.
Tak czy siak, przy pięknej pogodzie ruszyliśmy w górę i dotarliśmy do zjawiskowego jeziora otoczonego kotłem skalnych przepastnych ścian. Dech zapierało, ale idea wejścia na granie i obejścia jeziora górą szybko nam przeszła, zaczęło się nieprzyjemnie chmurzyć. Schodziliśmy trochę rozżaleni, ale ulewa, która nas złapała już w pobliżu auta i przemoczyła do ostatniej nitki, udobruchała nas myślą, co by było, gdybyśmy jednak poszli w górę?
MIEJSCÓWKA NICZEGO SOBIE
Lunch zjedliśmy na parkingu przy wodospadach Mahon Falls Trail, który tak nam się spodobał, że postanowiliśmy zostać na nim na noc.
Ponieważ pogoda się wreszcie wyprostowała, poszliśmy do wodospadu dobrze przygotowanym szlakiem. Miejsce było urokliwe, minęliśmy więc dolny wodospad i pięliśmy się w górę i w górę, aby dojść do następnych wodospadów ułożonych kaskadowo. Miejsce było piękne, a widoki z góry coraz ciekawsze. W końcu się skończyło i mimo prób Beaty wyżej już iść się nie dało. Zaczęliśmy schodzić zadziwieni, że takie perełki znajduje się w tak niewielkich górskich dziurkach Irlandii. Wniosek był prosty, nie tylko emblematyczne miejsca mogą zachwycić, trzeba poszukać i znaleźć inne, równie piękne, za to mniej znane, a zwłaszcza mniej tłumne!
KASKADY
Więcej niż zadowoleni z dnia, spędziliśmy kochany wieczór z górami wokół i pustką, która nastała, kiedy tylko Morfeusz porwał słońce.
Poranek był jeszcze piękniejszy niż wieczór, a nam już plany się z wolna krystalizowały. W Tramore Burrow były podobno zjawiskowe wydmy warte wizyty. Nie śpiesząc się, trochę z żalem opuściliśmy nasze miejsce cud i zaczęliśmy zjeżdżać w stronę morza. Zawsze zazdrościłem mieszkańcom takich miejsc, gdzie morze i góry są obok, marzyłem, aby kiedyś tak mieszkać. No i wymarzyłem, takie miejsce mamy na Teneryfie, gdzie ocean jest przed naszymi oczami codziennie, a po 10 minutach jazdy samochodem jesteśmy w górach na wysokości 1000 metrów. To charakterystyczne nie tylko dla wulkanicznych wysp, ale też dla tych większych, takich jak Irlandia. Cudne!
PO DRODZE ZWIEDZAMY CO SIĘ DA
Rzeczywiście, po zwiedzeniu co się dało po drodze i lunchu, dotarliśmy do Tramore, gdzie z dala od centrum i płatnych parkingów zostawiliśmy samochód i poszliśmy w stronę morza. Idąc wzdłuż linii brzegowej, szybko na wielkiej mierzei pojawiły się trawiasto piaskowe wydmy.
Mimo mocnego wiatru było pysznie. Takie piaskowe dziwadła jak w Łebie, czy wydma Piłata we Francji zawsze robią wrażenie. Po trzech godzinach, po 19h00, wróciliśmy do samochodu bardzo zadowoleni i nieźle przewietrzeni.
MOCNO TRAWIASTE WYDMY
Obudziliśmy się na parkingu dla rowerzystów i biegaczy nad rzeką Suir. Zaraz po śniadaniu poszliśmy na spacer wzdłuż rzeki, trasą zwaną Waterford Greenway. Okazało się, że idziemy długim szlakiem pełnym rowerzystów, piechurów i… wzdłuż kolejki wąskotorowej. Mijaliśmy jakieś dziwne symbole kooperatyw rybackich istniejących kiedyś przy rzece, perony kolejki z nazwami stacji, aż w końcu i samą śmieszną kolejkę, która hałasując i merdając ogonem turystów, minęła nas, mrugając wesoło jednym okiem. Oczywiście znów nie wspomnę o jeżynach, o których pamiętają tylko nasze kubeczki smakowe.
WATERFORD GREENWAY
Do Midleton dojechaliśmy w sam raz na lunch, po którym przeszliśmy się po miasteczku, a że była to jedna ulica, spacer nie trwał długo. Za to trochę dłużej zeszło nam w gorzelni. Nazwa miasteczka Midleton to też znana nazwa whiskey. Pooglądaliśmy wystawkę sklepu, w którym kupiliśmy jednak te tańsze butelki za 20.000€ sztuka, te droższe za 60.000€ pozostawiając większym milionerom niż my.
PROPONUJĘ ZBLIŻENIE NA CENY
Jadąc z wolna w stronę promu do Francji, pod Corkiem wstąpiliśmy do polskiego sklepu, gdzie mogłem zaszaleć z zakupami ogórków kiszonych i wędlin, a Beatka, niezbyt fanka takich wyrobów, nie pozostała mi dłużną, kupując kosmetyki, które lubi.
Mając już wybrane miejsce na nocleg, pojechaliśmy do Crosshaven, a dokładniej do Fortu Camden Fort Meagher. Ten okazał się zamknięty, więc poszliśmy na spacer po kamienistym wybrzeżu z widokiem na wielką zatokę i przesmyk, który był kiedyś strzeżony przez ten fort, i drugi, Fort Davis, po drugiej stronie przesmyku. Dopiero przyglądając się mapom widać, że Cork niby leżący nad morzem, w rzeczywistości leży kilkanaście kilometrów od niego w głębokim fiordzie.
OSTATNI SPACER W IRLANDII
Zadowoleni ze spaceru ruszyliśmy w stronę wybranego miejsca na nocleg, ale okazało się, że znaleźliśmy po drodze inny, jak to mówią Francuzi, ze stopami w wodzie. Stanęliśmy przy małej stoczni, na drobnych kamyczkach tuż przy lustrze spokojnej jak jezioro wody. Miejsce było ze wspaniałym widokiem, który jeszcze nabrał uroku po zachodzie słońca w pełni wszystkich świateł rampy.
I OSTATNIA NOC
Od dnia poprzedniego cały czas byliśmy w kontakcie z Moaną (zaznaczam, 17 lat), która skończyła swoje kolonie i znalazła się przed południem na lotnisku w Oviedo, skąd poleciała do Madrytu. Tam przesiadła się na inny terminal i poleciała na Teneryfę, gdzie odebrała ją Manuela, mama jej najlepszej przyjaciółki i zawiozła do domu. Rano Moana strasznie się przestraszyła, Julio, ukochany sąsiad, postanowił trochę ogarnąć nasz ogród i niespodziewanie obudził Moanę, bo w przeciwieństwie do naszej córki ranny ptaszek z niego.
W tym czasie my, bez pośpiechu, bo lało, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się na prom i kiedy już niebo przestało płakać, poszliśmy na spacer wzdłuż wydłużonej delty rzeki Owenabue, znaną nam trasą Waterford Greenway, która aż tu dotarła, tyle że już bez kolejki. O zgrozo! Wszędzie po drodze były jeżyny!
Na prom wjechaliśmy już po lunchu. Długo obserwowaliśmy okolice naszego wczorajszego spaceru, jak i nasz prom walczący z falami. Długo też byliśmy na pokładzie z Dudą, ale w końcu przemarznięci umieściliśmy ją, jak straceńca w klatce i poszliśmy na kolację.
Noc była niespokojna, Duda gdzieś tam, a my w pełnym komforcie w pokoju z łazienką. Cóż, psi żywot, ale człowiek kocha takiego włochatego stwora, z którym żyje na co dzień i się martwi.
Wielka radość Dudy była już wcześnie rano, prom przybił do nabrzeża w Roscoff o 8h00. Ruszyliśmy Francją, zatrzymując się na śniadanie na parkingu nieczynnego w niedzielę centrum handlowego.
Trochę byliśmy źli na to zamknięcie, ale już w drodze okazało się, że nie wszystkie hipermarkety są zamknięte i w sąsiednim Morlaix kupiliśmy ulubione ostrygi, na które mieliśmy wielką ochotę i na bagietki oczywiście! No i wieczorem nie zawiedliśmy się, ostrygi z ujścia rzeki o nazwie miasta okazały się wybitne, chyba dlatego, że słona woda miesza się tam ze słodką, w czasie sporych pływów.
W czasie zakupów zrozumieliśmy, że przed nami szykuje się załamanie pogody. Aby zdążyć przed ulewą, stanęliśmy więc w miasteczku Plourin-les-morlaix, skąd poszliśmy 9 km w pięknej jesiennej aurze, wśród z lekka zmęczonej latem zieleni.
WITAJ FRANCJO: WINO, KOBIETY I… OSTRYGI
Noc na parkingu pola golfowego przed Nantes był spokojna, nie dość, że parking po zmroku opustoszał zupełnie, to jeszcze przestało padać i mogliśmy pospacerować po okolicy z Dudą.
Rano obudził nas niebywały hałas koparki, której operator od poniedziałku postanowił wyładować swe weekendowe frustracje, nie był zapewne członkiem golfowego klubu. Po szybkim śniadaniu i jeszcze szybszym spacerze ruszyliśmy z postanowieniem, że gnamy jak najdalej na południe do lata.
Jechaliśmy długo, z przerwą na lunch i nalanie paliwa, tak że o 17h00 byliśmy już w Saint Agustin, u wrót Landów. Zaznaczony na aplikacji parking w centrum miasteczka okazał się przygotowanym miejscem dla kamperów (no bo jak już są takie miejsca, to wtedy nasze auto oczywiście jest kamperem), co bardzo nas ucieszyło, a jeszcze bardziej to, że en face była piekarnia i nadzieja na bagietkę i poranne świeże croissanty.
Ze względu na porę nie ociągaliśmy się zbytnio, zmieniliśmy buty i poszliśmy w las. Wiedzieliśmy, że pas lasu oddzielający miasteczko od oceanu jest bardzo szeroki, ale żeby aż tak? Na dodatek teren był mocno pagórkowaty, więc szło się ciężko, bo piachem pod górę albo w dół. W końcu dotarliśmy do plaży, i to jak pięknej, bardzo szerokiej z drobnym piaseczkiem i … bunkrami w wodzie. Kiedyś te bunkry z II wojny światowej stały na wydmach, ale ocean robi swoje i je powoli zabiera. I dobrze, to takie strupy na krajobrazie w przeciwieństwie do latarni morskiej Cordouan widocznej w oddali, wpisanej na listę światowego dziedzictwa.
GLEIWITZ, CZYLI GLIWICE
Ocean zabiera więc moje miejsce urodzenia, jako że bunkry nazywały się Gi 11 Gleiwitz, czyli dzisiejsze Gliwice.
POWOJENNE STRUPY GLEIWITZ
Po chrupiącej bagietce i ciepłych przy zakupie croissantach nie zostało nawet okruchów, kiedy ruszyliśmy w deszczu w stronę Pirenejów. Po drodze zatrzymaliśmy się technicznie, we Francji to łatwe, jest wiele publicznych i darmowych miejsc, gdzie można zrzucić ścieki i nabrać wodę. W Gallen na parkingu ocenianym 5/5 bardzo nam się nie podobało, więc zrobiliśmy tam jedynie spacer 6 km i pojechaliśmy dalej na południe.
Jadąc przez lasy Landów, w okolicach Geloux znaleźliśmy w lesie miejsce marzeń. Ile w tej podróży takich było? Sami, daleko od drogi, przy szumie lasu i śpiewie ptaków, w cieple zachodzącego słońca zacząłem otwierać ostrygi, popijając różowe wino, które tylko na południu Francji tak smakuje.
Był to ostatni wieczór podroży. Wprawdzie następnego dnia mieliśmy jeszcze spać w kamperze, ale już w towarzystwie naszej przyjaciółki Małgosi zwanej Gugi, która miała przyjechać wieczorem TGV do Hendaye. Z Małgosią mieliśmy odwieźć Beatkę na lotnisko w Bilbao, aby dołączyła do Moany, a sami, przez Hiszpanię mieliśmy dojechać do Kadyksu na prom na Teneryfę.
W pobliżu Hendaye nad miasteczkiem Biriatou znaleźliśmy idealny parking, aby pójść na całe popołudnie w góry. Dojazd był trochę sportowy, najpierw trzeba było minąć wąskie uliczki w miasteczku, a potem w lesie było jeszcze węziej, na jedno auto. Uznaliśmy jednak, że ponieważ to zrobiliśmy (ja kawałek piechotą, aby sprawdzić drogę) już raz, to wrócimy w to miejsce na noc, choć miało być już ciemno.
Zaraz po lunchu wyszliśmy na szlak, który zaczynał się przy parkingu. Idąc w górę, las szybko zamienił się w kosówkę, więc pojawiły się widoki, z jednej strony na niezbyt odległy ocean, z drugiej na góry Hiszpanii, a na północ na przedgórze Pirenejów z odległym Biarritz. Obeszliśmy wkoło niewielki szczyt, na który w końcu weszliśmy. Przy szczycie Duda szła już na smyczy, usłyszeliśmy beczenie owiec. Zapędy do ich gonienia mogły skończyć się kłopotami dla nas, kozic czy saren nie dogoni, ale owce? Pojawiły się też dzikie konie, które jakoś Dudy nie zainteresowały. Za duże? Ogólnie zrobiliśmy pętlę 8,5 km z przewyższeniem 430 metrów. Widokowo było pięknie, a odległościowo wystarczająco.
OSTATNIA WYCIECZKA
Na czas usiedliśmy w Café de la Gare, czyli w barze przydworcowym na piwie. TGV z Paryża był odrobinę spóźniony. Wieczór krewetkowy z winem i serami był bardzo miły, a choć opowieściom nie było końca, skończyliśmy go szybko ze względu na późną porę i możliwość kontynuowania rozmów następnego dnia w czasie drogi do Bilbao.
WYBRZEŻE KRAJU BASKÓW
Małgosia Hiszpanii nie znała, więc na początku były pejzaże przepięknego wybrzeża kraju Basków, z lunchem na punkcie widokowym. Całe popołudnie spędziliśmy w Bilbao, obeszliśmy oczywiście zewsząd widoczne Muzeum Guggenheima i wypiliśmy wino w barze. Było dość słonecznie, co dodało uroku spacerowi.
BILBAO
Po spokojnej, ale krótkiej nocy 10 minut od lotniska, o 6h15 zostawiliśmy Beatkę przy odlotach, a sami wróciliśmy na parking dospać trochę zarwaną noc.
Beatka po trzyipółgodzinnym locie już o 11h00 weszła do domu, aby wejść w kierat obowiązków związanych z domem i ogrodem po czteromiesięcznej nieobecności i kierat obowiązków związanych z Moaną, jej szkołą i zajęciami dodatkowymi. Dla niej wakacje się ewidentnie skończyły.
My w tym czasie jechaliśmy już na południe z zamiarem pokazania Małgosi naszych ukochanych miejsc. Przy okazji zwiedzania miast Małgosia poznawała też hiszpańską kuchnię, jedliśmy więc codziennie lunche, pierwszy w Burgos, drugi w Salamance, trzeci w Cáceres, czwarty w Kordobie, a piąty, szósty i siódmy już na promie.
W KORDOBIE RENOWACJA MEZQUITY NICZEGO SOBIE
Tak więc i dla mnie skończył się ten niesamowity czteromiesięczny wyjazd: Nowy Jork, Islandia, pobyt w Polsce, potem Anglia, Szkocja, Irlandia Północna i Republika Irlandii, oraz przejazd przez Hiszpanię, Niemcy, Holandię i Francję.
Kiedy wyjeżdżaliśmy, na liczniku naszego Movano widniało 40 km, kiedy wróciliśmy 14.830. Uff, długa podróż, dużo przeżyć, długi opis, masa zdjęć.
W związku z tym postanowiłem nie robić osobnego wpisu o tygodniowym narciarskim pobycie w Andorze na początku stycznia 2026. Tylko kilka słów dla zachowania wydarzenia w pamięci.
Po pierwsze, długi, ale bardzo prosty dojazd: tanie bilety do Barcelony (zniżka rezydencka), a tam bezpośrednio z lotniska autobus (bilety droższe niż lotnicze 3x40€x2) pod apartament (tańszy niż w Sierra Nevada, 700€) w Pas de la Casa w Andorze. Wyjazd z domu o 6h00, na miejscu o 19h00.
Po drugie, mimo że znaliśmy Andorę z naszych letnich górskich wędrówek, byliśmy nad wyraz mile zaskoczeni wielkością narciarskiej domeny dzięki połączeniu ze sobą różnych ośrodków, o pięknie gór nie wspominając.
Po trzecie, trafiła nam się świetna słoneczna pogoda, a dzięki mrozowi aż do -16°C i nieskończonej ilości armatek śnieżnych śnieg był z dnia na dzień coraz lepszy mimo braku opadów.
Po czwarte, mimo bardzo wysokich kosztów wynajmu sprzętu i karnetów na wyciągi (całość 1.330€ dla naszej trójki), pozostałe wydatki były bardziej niż do przyjęcia, czy to knajpki w górach, czy restauracje w miasteczku.
Po piąte, drugi tydzień stycznia jest najmniej popularny w sezonie, co przełożyło się na absolutne luzy i brak jakiekolwiek oczekiwania gdziekolwiek, od knajpek począwszy, na wyciągach kończąc.
Jednym słowem było fantastycznie, a na sam koniec, ostatniego ranka, obudziliśmy się w krainie królewny śnieżki. Umieraliśmy ze śmiechu, patrząc z balkonu, jak gość odkopał śmietnik, myśląc, że to jego auto. Potem jednak nam zrzedły miny, autobus z powodu zasypania świata przyjechał z godzinnym opóźnieniem. Na styk dotarliśmy na lotnisko.
ANDORZYMY
Andora to już historia, a co u nas?
Mamy rok osiemnastych urodzin Moany, jej matury i rozpoczęcia studiów. Ważny dla nas rok, z jednej strony trudny, z drugiej rok wyzwolenia z większości obowiązków (codzienna pobudka o 6h30 i wożenie jej do szkoły).
Kiedy piszę te słowa (22 lutego) Beata z Moaną lecą z Dublina do domu. Poleciały w piątek. Otóż Moana miała przesłuchanie w amerykańskim college’u, o którym pisałem wcześniej. Nie pojechała jednak zestresowana, pojechała po doświadczenie, no i żeby kupione wcześniej bilety nie poszły do śmietnika. Ja wiem, to nie jest zrozumiałe zdanie, otóż, kiedy wszystko już było załatwione z Dublinem, Moana niespodziewanie została przyjęta do najlepszej szkoły musicalowej w Londynie, w co żadne z nas nie wierzyło, tylu było kandydatów na jedno miejsce. A to ci historia! Zaczyna więc zajęcia 15 września. Nie myślcie jednak, że to takie proste. Wyjście Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii z Unii pokomplikowało życie wielu ludziom, a pewnie Brytyjczykom najbardziej. Są na przykład problemy wizowe, więc Moana spędzi 5 miesięcy w Londynie, potem 2 miesiące w tej samej szkole w Hamburgu w Niemczech i znów 3 miesiące w Londynie. Takie jasełka wizowe właśnie.
JUŻ W DRODZE DO DOMU
I to by było na tyle. Pozdrawiamy czytelników i siebie za kilka lat, kiedy wrócimy do tego tekstu, zadziwieni ile szczegółów nam już umknęło. Wielka Buźka.
PS.
Historia Patryka była prawdziwa, jedynie ostatnie zdanie o dziewczynie zostało zmyślone.
Moana została przyjęta również w Dublinie.





































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz